Matatu.

Widać go z daleka, gdy na zakorkowanej drodze brawurowo wymija inne pojazdy. Pojawia się na chwilę na poboczu, po czym znowu wjeżdża z impetem na poznaczoną dziurami drogę. Kierowcy z innych pojazdów nie żałują klaksonów, niektórzy wychlają się przez okno i grożą ręką. Ale już po wszystkim, barwny punkcik pomknął dalej. Z tej odległości można by go pomylić z kultowymi ogórkami, tak ukochanymi przez dzieci - kwiaty. Jednak już po chwili wszelkie wątpliwości zostają rozwiane, gdy wzbijając tumany kurzu, zatrzymuje się przed nami niepozorny busik - Toyota Hiace. Suwane drzwi otwierają się z trzaskiem a od ubłoconej burty odpada nagromadzona warstwa pyłu z drogi. Ze środka bije głośna muzyka, nie jest ona jednak w stanie zagłuszyć krzyków naganiacza lub tez, jak kto woli, konduktora czy biletera. Wyskakuje on na pobocze, na którym się znajdujemy i zaczyna energicznie wymachiwać rękami, apa apa -  krzyczy poganiając ludzi by szybciej wsiadali. Wszyscy rzucili się pędem do środka: starszy jegomość w jasnym garniturze, młoda kobieta z dzieckiem, najwyżej trzyletnim. Mężczyzna w średnim wieku z parą kurczaków, które zwisają bezwładnie w jego dłoni związane ze sobą za nogi. Kojarzą mi się z żywym bolasem. Jeszcze parę osób i pobocze drogi pustoszeje. Mzungu - woła bileter i wskazuje na mnie. Co do tego nie ma wątpliwości, jestem jedynym białasem na przystanku, nie czekając dłużej wsiadam pośpiesznie. Gdy tylko wkładam głowę do środka, uderza mnie zapach potu. „Ależ gorąco w tej puszce” – myślę, zajmując miejsce. Bus rusza a naganiacz wskakuje już w biegu, przez chwilę zwisa w otwartych drzwiach, trzymając się dachu, po chwili jednak sam też wsuwa się do środka i drzwi zatrzaskują się z hukiem.      Mimo ryczącej muzyki, wydaje mi się że jest cicho. Powietrze jest gęste i duszące, na tyle ktoś kaszle, za chwilę zrobi się bardziej rześko - niech no tylko się rozpędzimy. Wydaje mi się wszyscy mnie obserwują, gdzie nie spojrzę, napotykam  wpatrzone we mnie ciemne oczy. Nie przejmuję się tym – normalka - odwracam głowę w stronę okna, dzieli mnie od niego miejsce zajęte przez kobietę z dzieckiem. Ona siedzi prosto, wyprężona jak struna patrzy na wprost, w potylicę siedzącego przed nią mężczyzny z kurczakami. Dziecko natomiast obserwuje mnie w milczeniu. Usta ma zacięte i drży mu dolna warga, mam nadzieję że zaraz nie wybuchnie płaczem. Oczy wielkie jak spodki sprawiają, że przywodzi mi na myśl małpiatkę albo lemura. Odwracam od niego wzrok i spoglądam dalej za okno, pęd pojazdu wciska w otwarte okna przyjemnie chłodne powietrze.                                                                           I znów jedziemy poboczem, za oknem migają mi tylko rozmyte kształty innych pojazdów. Przez okno, które do tej pory dawało ulgę pośród ukropu jaki panuje w środku, teraz zaczyna wdzierać się do środka chmura kurzu. Kobieta odwraca głowę i osłania dłonią twarz dziecka. Pobocze jest pełne dziur i nierówności, kierowca wcale nie zwalnia a my podskakujemy na naszych siedzeniach niczym szmaciane lalki, mimo to wszyscy wydają się być niewzruszeni. Musieliśmy wpaść w jakąś większa dziurę, bo jegomość w jasnym garniturze wyskakuje wysoko do góry i uderza głową w sufit. Krzyczy coś do kierowcy siedzącego na przedzie, ale to nie ma sensu, w busie jest zbyt głośno by dało się cokolwiek usłyszeć. Nagle trąca mnie otwarta dłoń biletera - przyszedł czas zapłacić. Odliczenie drobnych w pędzącym pojeździe zatłoczonym ludźmi to nie lada wyzwanie. Wyciągam z kieszeni odliczoną wcześniej kwotę - nauczony doświadczeniem przygotowałem je jeszcze na przystanku - i podaję mu je do ręki.                                                                                                          Te małe busiki stanowią podstawę komunikacji miejskiej w niemal każdym kraju afrykańskim. W Kenii znane pod nazwa matatu, w Tanzanii jako dala dala, ale w gruncie rzeczy nie różnią się od siebie tak bardzo. Zabrudzone, obdrapane lub ozdobione fantazyjnymi malunkami, każdy matatu jest wizytówką jeżdżącej nim ekipy. Niektóre są wyposażone w monstrualne głośniki, podczas gdy w innych, pod sufitem montuje się telewizory by umilić podróż pasażerom. Technicznie przewidziane dla dwunastu osób toyoty, zabierają nawet do dwudziestu jeden osób - nie licząc dodatkowego bagażu takiego jak torby, dzieci i żywy inwentarz. Przejażdżka (zwykle błyskawiczna) - jest to najszybszy sposób dostania się z jednego końca miasta na drugi. Busy jeżdżą po określonych trasach, o czym informuje nas numerek zatknięty za przednią szybą. Nie istnieje jednak żaden rozkład jazdy, jak przyjedzie to będzie, ale zwykle nie czeka się długo. W samym Nairobi liczbę matatu szacuje się na ponad czterdzieści tysięcy. Taka podróż, jak już wspomniałem, jest niezwykle szybka ale dla pasażera o słabszych nerwach może grozić zawałem serca. Kierowcy pędzą na złamanie karku by jak najszybciej dotrzeć na miejsce, wszyscy wiedzą, że czas to pieniądz. A w szczególności kiedy każdego zabranego pasażera liczy się w brzęczących drobniakach. Brawurowa jazda kierowców często doprowadza do wypadków, co dla ściśniętych wywnętrz, niepozapinanych pasażerów często okazuje się tragiczne w skutkach. W samym Nairobi rocznie dochodzi do trzykrotnie większej ilości wypadków niż na drogach całej Polski.               I znów pędzimy na złamanie karku, korek został daleko w tyle. Wychylam się nieco do przodu, widzę kierowcę naszego pojazdu. Siedzi - wpatrzony w drogę przed sobą a z jego ust sterczy mały cieniutki patyczek, mirra. Ten naturalny narkotyk jest jednym z towarów eksportowych Kenii. Cieniutkie gałązki krzewów zyskały sobie wielką popularność, szczególnie pośród kierowców. Żucie ich działa jak kawa a nawet lepiej, nie pozwala zasnąć przez wiele godzin. Jednak gdy dopadnie nas w końcu zmęczenie, stanie się to w sposób niesygnalizowany przez nasz organizm, po prostu nagle zaśniemy - na przykład za kierownicą samochodu.                                                                                                                                              Przed nami też jedzie matatu, na tylnej szybie widnieje napis: to Nairobi or to Haven. Ten zapewne kursuje gdzieś poza stolicę. Takie wycieczki są nieco droższe, ale w społeczeństwie gdzie nie każdy posiada własny samochód, ubogi nie wybrzydza.  Podróż zbliża się już ku końcowi, jeszcze kilka przystanków i wysiądę. Telefon w torbie mojej pasażerki zaczyna dzwonić, jego dźwięk przebija się nawet przez hałas muzyki. Kobieta próbuje sięgnąć do torebki, jednak więzione na kolanach dziecko nie pozwala jej na to. Rozgląda się wkoło, trzymając dziecko na rękach, po chwili zastanowienia bez specjalnej żenady sadza mi małpiatkę na kolanach a sama zaczyna szukać telefonu. Dziecko wierci się przez chwilę a ja podtrzymuję je by nie spadło. Zadziera głowę by zobaczyć komu zostało oddane. O dziwo, nie płacze na mój widok, chwytam ja mocniej gdy bus podskakuje na kolejnej nierówności. Chwilę potem jego matka kończy rozmowę i odbiera dziecko. Shukrani - dodaje w podzięce.                                                                                                                    Tego typu komunikacji miejskiej używa się w całej Afryce, dla miejscowych to zwykle jedyny środek transportu, na jaki mogą sobie pozwolić. Większość przewodników i portali turystycznych odradza korzystanie z lokalnych śródków transportu, matatu. Zwykle przestrzegają nas, gdyż łatwo można tam paść ofiarą kradzieży czy nawet pobicia. Ja osobiście, cenię sobie ten środek transportu. Trzeba się jednak liczyć z tym, że nie zawsze zdążymy na czas. Jednak zwykle dostarczają nam niezapomnianych wrarzeń i doświadczeń, których nie sposób przewidzieć.  

***
           
Powyższy tekst dotyczy doświadczeń związanych z moimi podróżami tym nietypowym środkiem transportu. Jednak w świetle ostatnich zmian, jakie zaszły w organizacji Kenijskiego ruchu drogowego, postanowiłem dopisać parę słów.
Ostatnio po raz kolejny przekonałem się o tym, że Kenijczycy - jak zresztą chyba wszyscy Afrykanie - mają skłonności do skakania ze skrajności w skrajność. Najlepszym przykładem jest obowiązujące w Afrykańskich krajach prawo. Z racji mojego położenia pozwolę sobie omówić to na przykładzie Kenii.
O tym, że na kenisjkich drogach panuje chaos, nie jest żadną tajemnicą, ludzie prowadzą tutaj po alkoholu lub pod wpływem jeszcze silniejszych środków odurzających pojazdy, które są kompletnymi wrakami. W większości Kenii klimat jest raczej suchy, co skutecznie powstrzymuje rdzewienie, toteż można tu spokojnie spotkać nawet 20 i 30letnie rzęchy. Ich umiejętność prowadzenia tych pojazdów również pozostawia wiele do życzenia, ale jest to w głównej mierze spowodowane tym, jak wygląda sam proces zdobywania prawa jazdy. Coś o tym wiem, sam jestem dumnym posiadaczem kenijskiego prawka. Poziom korupcji panującej w kraju pozwala na zwyczajne kupienie prawa jazdy i to na dowolny rodzaj pojazdu. Ale czego można spodziewać się po kraju, w którym głównym zadaniem policji jest zbieranie łapówek? Jest to tak powszechne i oczywiste, że wielu kierowców ma zwyczajnie przygotowane pieniądze, które po zatrzymaniu przez policję bez słowa wręczają umundurowanemu funkcjonariuszowi. Bywa, że trzeba się ostro targować.
Przed dwoma dniami upłynął termin dla kierowców matatu na zakładanie prędkościomierzy w swoich pojazdach. W ogólnym założeniu ten zabieg miał spowodować zmniejszenie zagrożenia na drogach, prędkościomierze miały ograniczać maksymalną prędkość pojazdu do 80km na godzinę. Ci, którzy zdążyli się w nie zaopatrzyć na czas, na ogół poukrywali w samochodach przełączniki pozwalające im włączać urządzenie dopiero w momencie gdy zatrzymuje ich policja celem skontrolowania. Na spóźnialskich rozpoczęło się polowanie, policja rozstawiła się po wszystkich skrzyżowaniach w mieście, przewidując nagły przypływ gotówki.
Znacznie wzrosły też wysokości mandatów. To jest właśnie przykładem jednej z takich Afrykańskich skrajności. Przewinienia drogowe, które jeszcze niedawno nie były w ogóle karane, teraz mogą kosztować przyłapanego na gorącym uczynku kierowcę nawet 100 000 KSH ( Kenyan Shilling) jest to równowartość 1 000 euro. Taka kwota dla zwykłego zjadacza chleba jest wprost astronomiczna w kraju, gdzie większość ludzi przeżywa swój dzień za jednego dolara. Zatrzymany kierowca ma do wyboru dwie możliwości. Może przekupić policjanta - oczywiste jest,  że przy tak wysokich mandatach ceny łapówek również poszły w górę, dawniej przy zatrzymaniu spokojnie można było wymigać się od kary za kwotę oscylująca między 2 500 KSCH a 5 000 KSH, obecnie są to niebagatelne sumy 50 000 KSH. Drugą opcją, jaka pozostaje kierowcy jest... oczywiście uiszczenie mandatu. Wpłacamy policjantowi zaliczkę w wysokości 10 000 KSH, sprawa trafia do sądu a my otrzymujemy wezwanie na konkretny dzień, co daje nam chwilę na zebranie całej należności. Następnie stawiamy się na rozprawę, zostaje nam odczytane oskarżenie a my grzecznie się do wszystkiego przyznajemy i uiszczamy brakującą sumę. Oczywiście można się odwoływać od decyzji i nie zgodzić się z oskarżeniem, ale wówczas cały proces będzie kosztował nas jeszcze więcej. No i zostaje nam jeszcze trzecia, ostatnia opcja, która jest najmniej przyjemna, mianowicie – odsiadka. Jeżeli nie jesteśmy w stanie spłacić policjanta ani mandate, zostaje nam iść do więzienia. Czas pozbawienia wolności za wykroczenia drogowe waha się od dwóch do pięciu lat.
 
Na koniec koszta mandatów za co popularniejsze wykroczenia drogowe:
-jazda bez pasów (wcześniej posiadanie pasów w samochodzie nie było nawet wymagane) -
50 000 KSH
-wyprzedzanie na ciągłej - 70 000 KSH   
-kary za przekroczenie prędkości zaczynają się od 100 000 KSH        
-jazda pod wpływem alkoholu ( tak, to nie żart, policja jest teraz wyposażona w alkomaty) -tutaj jest nieco gorzej, prawo jazdy zostaje nam odebrane pernamentnie, natychmiast zostajemy zatrzymani aż do dnia rozprawy a wysokość kary rozpoczyna się od 150 000.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz