Whose house, rocks house.

Sięgnąłem ostatnimi czasy po jedną z tych klasycznych pozycji, która jakimś dziwnym sposobem wcześniej umknęła mojej uwadze. Jest to jedna z książek poświęconych Afryce autorstwa polskiego mistrza reportażu Ryszarda Kapuścińskiego pod tytułem „Gdyby cała Afryka”. Książka opowiada głównie o latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, czasie kiedy dawne europejskie kolonie przekształcały się w samorządne państwa. Książkę szczerze wszystkim polecam, przed jej lekturą wydawało mi się, że mam już pewne mętne pojęcie o tym, w jakich bólach kształtowała się niepodległa Afryka, ale wiele faktów przedstawionych przez autora bardzo mnie zaskoczyło. Po lekturę tę warto sięgnąć choćby tylko po to by poznać fantazję nowo powstających rządów afrykańskich, z jakimi problemami musiały się one borykać i na jakie ekstra-ordynarne pomysły wpadano. Momentami śmiałem się niczym przy dobrej komedii, po chwili dopiero zdając sobie sprawę, że niektóre z tych absurdalnych pomysłów rzeczywiście zostały wprowadzone w życie.
W książce czytamy o beztroskich poczynaniach tych nowo wybranych głów państwa. W krajach gdzie pomiędzy rządami demokratycznymi, a totalitaryzmem przebiegała cieniutka granica, a to jak była cienka zależało tylko od niczym nie skrępowanej fantazji rządzącego. Przypomniało mi to mój pobyt w Ugandzie, gdzie miałem okazję zetknąć się - z jak niektórzy mówią - reżimem Museveniego. Spotkałem się też z określeniem panującego tam ustroju, jako tak zwanej demokracji sterowanej - w przypadku Ugandy jest to niezwykle trafne określenie. W gruncie rzeczy, Uganda jest oficjalnie republiką konstytucyjną, mimo to Museveni sprawuje rządy już od 29 lat. Jest to okres niebagatelny w kraju, w którym dyktatorowi takiemu jak Idi Amin udało się utrzymać władzę jedynie przez osiem lat. Obecny prezydent Ugandy jest jednym z wielu weteranów walk, które położyły kres krwawej dyktaturze. Yoweri Museveni jest człowiekiem, który zaprowadził w kraju względny porządek i przyczynił się do rozkwitu Ugandy i rewolucji przemysłowej, która znacznie poprawiła sytuację w kraju. Przez wiele lat swoich rządów zmagał się z wojna domową na północy Ugandy, zaangażował swoje wojska w konflikt kongijski. Obecnie wojska ugandyjskie wchodzą w skład sił zaprowadzających porządek w Somali i południowym Sudanie. Wielokrotnie wypowiadał się oficjalnie, krytykując politykę Stanów Zjednoczonych i mówiąc o swojej większej sympatii dla Rosji, której historia na Czarnym Lądzie sięga dalej niż amerykańska bo aż sto lat wstecz. Zaangażowanie ugandyjskich wojsk w konflikty w krajach ościennych może w niedalekiej przyszłości okazać się nieprzyjemne w skutkach. Już teraz spekuluje sięS że muzułmańskie bojówki z somali niebawem wezmą na cel ugandyjską ludność a zbliżające się mistrzostwa świata dadzą im ku temu niezliczoną ilość okazji.
Czternastego sierpnia tego roku Museveni skończy siedemdziesiąt lat, co z całą pewnością świadczy o tym, że młodzieniaszkiem już nie jest. Jego pogłębiająca się obsesja na punkcie wymierzonych w niego zamachów sprawia, że jego podróżom po kraju towarzyszą przemarsze uzbrojonych żołnierzy i innych służb mundurowych, dbających o jego bezwzględne bezpieczeństwo. Blokady dróg, niedziałające nadajniki sieci komórkowych, całe okolice odcięte przez zastępy uzbrojonych ludzi to na ogół środki bezpieczeństwa podejmowane, gdy w pobliżu ma pojawić się prezydent. Wojska na szczęście w Ugandzie dostatek, to też prezydent planując swoje eskapady nie musi się martwić, że zabraknie mu jego żołnierzyków do zabawy.
Będąc w Ugandzie, patrząc przez pryzmat kraju poczułem pewną sympatię do tego człowieka, chodź bezwzględnego i despotycznego, to jednak lubiącego ład i porządek. W przeciwieństwie do tych afrykańskich liderów, którzy położywszy ręce na władzy zachłysnęli się nią i zmienili w powodowanych własnymi zachciankami dyktatorów, on zachował w tym pewien umiar i rozwagę, która pozwoliła mu tę władzę utrzymać przez tak długie lata. Nie możemy jednak mieć złudzeń co to tego, że czas tego człowieka nieuchronnie się zbliża. Trudno przewidzieć, czy potrwa to jeszcze dziesięć czy dwadzieścia lat, ale prędzej czy później władza będzie musiała zostać przekazana. Pytanie jednak, jak do tego dojdzie. Rosnąca wraz z wiekiem troska prezydenta o własne bezpieczeństwo może pewnego dnia przerodzić się w coś znacznie bardziej niebezpiecznego. A wówczas pozostanie tylko zapytać: co dalej? Bo może Afryka oglądała już niejednego szaleńca u władzy, ale czy jest gotowa na kolejnego? Bo przecież, jak nauczał Senator Palpatine: „Ten, kto posiadł wielką potęgę, zawsze będzie czuł strach przed jej utratą.” Bądźmy jednak dobrej myśli, obecny stan prezydenta nie wskazuje na to by w najbliższym czasie jego zdrowie miało ulec gwałtownemu pogorszeniu, a zgodnie z obietnicami jego popleczników, opozycja nie ma na co liczyć w wyborach jeszcze przez najbliższe czterdzieści lat.  
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz