sobota, 31 października 2015

Bajka o dwóch braciach.

"Było kiedyś dwóch braci, jednemu na imię było Zebra a drugiemu Osiołek, żyli w zgodzie zupełnie do siebie podobni. We wszystkim sobie pomagali. Pewnego razu zostali zaproszenie na wesele. Z okazji tak znamienitej uroczystości postanowili specjalnie się na nią przygotować i jak najpiękniej przystroić. Jak zwykle pomagając przy tym sobie nawzajem. Pierwszy był Zebra a Osiołek mu pomagał, wymalował zatem brata w piękne czarnobiałe pasy. Niezwykle się przy tym starał by jak najdokładniej udekorować brata. Gdy już skończył przyszła kolej na niego, w czym Zebra miał mu pomóc. Niestety w puszkach zostało już niewiele farby podobnie jak czasu do wielkiej uroczystości. Zebra, nie chcąc spóźnić się na wesele, wymieszał resztkę farby i w pośpiechu wymalował całego brata na szaro, domalowując tylko jedną ciemniejszą pręgę na jego grzebiecie. I od tego czasu wszystkie zebry są w paski a osły są szare i trzymają się od siebie z daleka."

- opowieść pewnego nauczyciela


wtorek, 20 października 2015

Another Hero Day.

Dokładnie rok temu, co do dnia opublikowałem na tym blogu post pod tytułem Hero day, opowiadałem w nim o tym jak wraz z Kasią niespodziewanie trafiliśmy w gościnę do Petera i jego rodziny. Dziś historia zatoczyła przysłowiowe koło.
Peter zapraszał mnie do siebie wiele razy, w zasadzie robi to przy każdej okazji naszego spotkania. Z premedytacją starałem się jakoś wykręcać od tych odwiedzin. Znam gościnność Kenijczyków i doceniam ją, ale wybranie się tutaj do kogoś na powiedzmy, jedną godzinkę, jest niemal niemożliwe. Herbatka zamienia się w lunch, lunch w popołudniową herbatkę a z kolei ona w wczesną kolacje, i tak można aż do późnej nocy. Dlatego jeżeli nie ma się całego dnia na przesiedzenie to takie "odwiedziny" mogą okazać się problematyczne. Z własnego doświadczenia wiem że często prowadzi to do niezręcznych sytuacji w których gość (ja) próbuje się grzecznie pożegnać i podziękować za miłe przyjęcie, tymczasem gospodarz (w tym przypadku Peter) za wszelką cenę stara się go zatrzymać. No i tak się jakoś złożyło że dałem się wreszcie namówić na wizytę. Zupełnie umknęło mi że narodowe święto dzięki któremu stolarnia ma dziś wolne to ta sama okazja przy jakiej poznaliśmy się z Peterem rok temu, gdy wraz z Ojcem J. odebrali nas przemoczonych i zziębniętych od sióstr.
Dziś od rana świeciło słońce, na niebie widać było jednak chmury zwiastujące popołudniowy deszcz. Kika dni temu zawitał w te strony El Nino, fala ulewnych deszczy nawiedziła już niektóre regiony Kenii a media przestrzegają przed zagrożeniem powodziowym. Do domu Petera dotarłem jeszcze przed południem. Na podwórku powitali mnie jego synowie, ci młodsi, Eryk, najstarszy jest już na studiach. Z podwórka wchodzę do chaty gdzie spotykam żonę Petera. Częstuje mnie herbatą i tłumaczy że mąż jest na spotkaniu. Gdy wraca opowiada mi o istocie tego zgromadzenia, otóż wraz z sąsiadami chcą się "złożyć" na rury którymi będą mogli doprowadzić z położonej wyżej rzeki wodę wprost do sowich domów. Pociągnięcie takiego mini rurociągu znacznie ułatwiło by im życie. Jestem świadkiem jak wózek zaprzęgnięty w dwa osiołki dowozi im wodę ze strumienia, synowie Petera rozładowują plastikowe baniaki. Peter naturalnie nie daje się przekonać że wpadłem tylko na herbatę i po drugim kubku słodkiej jak ulepek herbaty z mlekiem nie mam innego wyboru jak tylko czekać do wczesnego lunchu. W międzyczasie siedzimy wewnątrz i rozmawiamy oglądając w telewizji obchody dnia bohaterów na stadionie narodowym w Nairobi, podczas gdy jego żon gotuje w niewielkiej komórce na podwórku. Hero Day lub Mashaja jest tutaj hucznie obchodzone. Po murawie stadionu maszerują zastępy żołnierzy w galowych mundurach. Marynarka w białych, piechota w tradycyjnych dżunglowych panterkach z karabinami na ramieniu, granatowe i czerwone mundury, na wzór brytyjskich sprzed okresu wojen burskich noszą chyba kompanie honorowe. Mają białe rękawiczki a prowadzący ich oficer maszeruje sztywno przyciskając do piersi lśniący pałasz. Tuż przy nim, prezydent i wielki gruby generał w białym mundurze i szerokiej czapce. Tłum na trybunach wiwatuje, długą przemowę prezydenta poprzedza hymn i wniesienie na stadion sztandarów. Jeszcze przed lunchem wychodzimy z Peterem na zewnątrz i zwiedzamy całe jego poletko, jest zadbane i schludne, otoczone równym żywopłotem. Sadzi tu sukume, bataty, kukurydzę ma nawet kilka drzew z avocado i jedną krowę. Siadamy do lunchu, ziemniaki w sosie i do tego ciapaty, wszytko super smaczne i do syta. Po jedzeniu jeszcze jakiś czas wspólnie rozmawiamy. Ale przychodzi na mnie czas, więc żegnam się wychodzę, gospodarz wraz z żoną odprowadzają mnie kawałeczek pokazując skrót przez pobliskie pole. Machamy sobie na pożegnanie, przyglądają mi się gdy ruszam w dół droga prowadzącą do miasteczka.   

Peter z małżonka.


Po dotarciu do Subukia, zaglądam do baru gdzie bywałem z Kasią, witam się z barmanką Ann i jednorękim właścicielem. Wszyscy dopytują się czemu nie ma jej ze mną, doskonale pamiętając nas z przed roku. Przy barze zamawiam małpkę ginu i na wszelki wypadek dezynfekuje wszystko co mogło wypełznąć z tego strumienia z którego Peter czerpie wodę. Bo przecież nie jest tajemnicą że to z wody właśnie wyszło wszelkie życie, a w Afryce "ameba hyc". 





Ulice Subukia wyglądają dziś nico inaczej niż zazwyczaj, w oknach i na ścianach budynków powiewają narodowe flagi, nie jest ich jednak dużo. Z okazji święta jeszcze więcej ludzi dziś siedzi tu w ogólnym afrykańskim bezruchu. Gdzieś od strony kościoła słychać śpiewy, kawałek dalej gra jakaś muzyka i ktoś tańczy a na boisku szkolnym odbywa się uroczystość na miarę małego miasteczka, prowizoryczna mównica, panie i panowie elegancko ubrani pod białymi namiotami. Jednak większość przechodniów celebruje dziejesz święto zwyczajnie siedząc i słuchając radiowej transmisji z obchodów w stolicy lub oglądając prezydenta w telewizji. Dla mnie kolejnym punktem dzisiejszego programu jest spotkanie z moimi pracownikami. Po raz pierwszy mam spotkać się z nimi na tak zwanej płaszczyźnie prywatnej. Wczoraj sami zaproponowali że może z okazji święta spotkamy się gdzieś w mieście i pójdziemy coś zjeść i na jakąś sodę. Umówiliśmy się na drugą. Naturalnie o czternastej nie zjawił się nikt prócz mnie i Morisa, moje szefa produkcji. W Afryce rzecz dość zwyczajna, spóźnienie. Po pół godzinie postanowiliśmy dłużej nie czekać na resztę i przeszliśmy się po okolicy szukając czegoś do zjedzenia. Stanęło na pieczonej kózce, zamówiliśmy półtorej kilo do tego frytki.                                                                               
Jak w się a Afryce serwuje taką kózkę czy każde inne pieczone mięso w tego typu lokalach? Pod nazwą "tego typu lokale" kryje się drewniana buda która jest połączeniem stołówki ze sklepem mięsnym. Gdzie najczęściej posiłek zaczyna się od pokazania paluchem kawałka mięcha zawieszonego na haku z którego życzymy sobie żeby rzeźnik-kucharz (profesja łączona) wyciął nam nasze zamówienie. Stoły obite są ceratą z przed stu lat, na środku lady wychamrana jest dziura od rąbania tasakiem mięsa na porcje, a lunch serwuje się na drewnianych deskach które chyba nigdy nie były myte, co i tak nie ma znaczenia bo przez ilość tłuszczu który je zaimpregnował zyskały cechę "wodoodporność". Tym razem nie musimy czekać aż przygotują dla nas posiłek. Korpulentna pani zdejmuje z grilla przygotowane już mięso pozawijane w folie, wybieramy te zawiniątka które najbardziej nam odpowiadają. Następnie przynosi to mięso na wspomnianej wcześniej desce i wielkim nożem zarzyna dla nas skrawać je w mniejsze kawałki, kostkę lub paski jak jej się akurat ukroi. Naturalnie nie nosi przy tym rękawiczek i nie krępuje się przy tym dotkliwie przemacać naszej koziny, pozostaje tylko mieć nadzieję że po rąbaniu surowego mięsa umyła rączki (nie, nie umyła, widziałem). No i zaczyna się uczta, siadamy z Morisem na przeciw siebie raz po raz sięgamy po nakrojone na desce mięso, "zamaczamy" je w rozsypanej na desce soli i chaps. Siadłem pod ścianą, a raczej ścianką, do połowy wysokości od ziemi sklejka, od połowy do sufitu siatka. Po drugiej stronie, na rzeźnickich hakach dyndają półtusze, po szczeciniastych pędzelkach na końcach obdartych ze skóry ogonków odróżniam cielaki od kóz i owiec. Co chwila do "klatki" wchodzi postawny facet w zachlapanym zeschłą krwią fartuchu i brzeszczotową piłką do metalu rżnie mięcho.

Moris i mięsna klatka.

Po lunchu znów się dezynfekuję. Gdy kończymy dołącza do nas jeszcze dwóch chłopaków ze stolarni którzy spóźnili się półtorej godziny. Wypijamy z nimi sodę plotkując, rozmowa idzie raczej ciężko, oni nie znają angielskiego ja swahili, Moris robi za tłumacza. Po wszystkim żegnamy się i biorę motocykl na górę by zdążyć przed popołudniowym deszczem. Po dotarciu znów czeka mnie prysznic przy świecach bo pod moją nieobecność wywaliło prąd. Na wszelki wypadek jeszcze raz zażywam moje lekarstwo.
***
Ciekawostka.


Poniższe zdjęcie przedstawia jednego z naszych zadowolonych klientów który właśnie odbiera swoje małżeńskie łoże, wymiary 4x6 stóp.  



sobota, 10 października 2015

Muzungu na rowerze.

No i pozazdrościłem. Jeden z moich pracowników który do pracy przyjeżdża rowerem zainspirował mnie by też wybrać się na rowerową wycieczkę, choćby niewielką. Pamiętałem że jakiś czas temu Siostry zakupiły kilka rowerów, przedzwoniłem, zapytałem, dogadaliśmy się, nie ma problemu mogę pożyczyć. Wczoraj znów musieliśmy pracować przy tej niedokończonej wciąż kuchni, nauczyłem się za to jak się kładzie dach i ściany z blachy falistej, niewątpliwie bardzo przydatna umiejętność. W zamian za pomoc oraz z racji tego że stolarnia czeka właśnie na duże zamówienie, zarządziłem wolną sobotę dla wszystkich.
Tak więc dziś wyspałem się a potem po lekkim śniadaniu ruszyłem na duł pożyczyć wspomniany rower od Sióstr. Na miejsce dotarłem dość szybko i sprawnie, w końcu miałem z górki. Wypiliśmy wspólnie herbatę, Siostra K poczęstowała mnie ciastem i pokazała rowery. Nie do końca tego się spodziewałem, liczyłem raczej na wysoki, ciężki, złomek. Taki na jakich zwykło się tutaj jeździć. Tym czasem rowerek jak poniżej....

Rowerek.
Mimo to ucieszyłem się jak dziecko. Z okazji minionego kongresu z Subukia na górę zrobiono nam nową drogę. Postanowiłem ją zatem przetestować, słyszałem że jest dłuższa pomyślałem zatem ze musi być też mniej stroma, a skoro mam jechać rowerem powinno mi to znacznie ułatwić wspinaczkę. Droga zaczynała się kilka kilometrów za miasteczkiem Subukia, postanowiłem więc zjechać na sam dół i zahaczyć o miejscowość.
Wyjechałem z jednaj z bocznych uliczek nucąc pod nosem melodię z jakiegoś starego westernu, mój fioletowy rumak niósł mnie dzielnie kamienisto-piaszczystą drogą. A ludzie zamierali przy pracy i przyglądali mi się z otwartymi ustami, a potem wybuchali głośnym śmiechem i pozdrawiali mnie krzycząc "muzungu"! W sumie nie ma się im co dziwić, nie dość że biały to do tego na rowerze, damskim a na dodatek fioletowym, no śmiech po prostu. Ale co mi tam, przejechałem przez całe miasto budząc ogólną wesołość, dzieciaki biegły za mną całą bandą machając i krzycząc, wiec i ja machałem do nich i też krzyczałem. One do mnie w swahili a ja do nich po polsku. Przed wyjazdem z Subukia zatrzymałem się na butelkę sody i żeby zapytać o dalszą drogę, powiedziano mi żeby dojechać na górę będę musiał skręcić jakieś trzy kilometry dalej za rzeką, miała być tam tablica informacyjna. No i pojechałem.
Zgodnie z relacją sprzedawcy sody, po jakichś trzech kilometrach asfaltu widziałem już tablica na zakręcie kamienistej drogi prowadzącej w prawo. No i wtedy właśnie jak to mawiał mój kolega z koła rowerowego do którego należałem w latach podstawówkowo-szkolnych, "odpadło mi pdało". Niby nic wielkiego, niby drobiazg śruba puściła i tyle ale jechać się tak nie da. Pozbierałem wszystkie odpadnięte elementy z piachu pobocza, oceniłem straty. Śruba zwyczajnie się odkręciła, trzymająca ją na miejscu plastikowa zaślepka też wyskoczyła i kawałek korby wraz ze znajdującym się na końcu pedałem zwyczajnie odpadł. Klucza naturalnie ze sobą nie miałem, już w Subukia musiałem pożyczać od jakiegoś uczynnego sklepikarza cały komplet, kiedy chciałem podnieść siodełko. Czyli tak, czy tak trzeba było prowadzić, pytanie jak daleko i w którą stronę. Do miasta jakieś trzy kilometry z powrotem, no a dalej co? Nawet jak zreperuję rower to nie wiadomo czy znów mi się nie rozwali, do Sióstr przecież nie wrócę bo nie wypada oddać popsutego roweru, no bo ja to, pożyczyłem działający a oddam zepsuty? No nie, nie ma mowy. Poza tym uznałem ze w miasteczku mieli już ze mnie dość śmiechu i nie ma co przeholowywać, czyli naprzód. Na zakręcie przy tablicy był niewielki kiosk, zapytałem o komplet kluczy. Sprzedawca nie miał kompletu ale miał dobre chęci i klucz w innym rozmiarze, naprawić oczywiście się nie udało, ale za to zakleszczył mi śrubę na gwincie tak że już ani odkręcić ani przykręcić się jej bez porządnego klucza nie dało. Podziękowałem mu za jego dobre chęci i ruszyłem w drogę powrotną na górę.

Rowerek i Ja, selfiaczek.


No i tak rowerem i pieszo (głównie jednak pieszo) pokonałem kilkanaście kilometrów dzielących mnie od domu. Namęczyłem się pchając rower pod górę, na miejsce dotarłem ledwo żywy. Gdy droga nieco opadała w dół pomysłowo postanowiłem uprzyjemnić sobie wycieczkę krótkimi zjazdami. Zwykle potem musiałem się wracać wybierając z piachu pogubione elementy korby, bo jak się okazało zakleszczona śruba wcale nie trzymała tak twardo jak się na początku wydawało. Trudno powiedzieć czy wycieczkę uważam za udaną czy nie, na pewno była to jakaś odmiana od codziennej pracy w stolarni czy za biurkiem. Pół przytomny, pchając rower pod górę nie miałem siły robić jeszcze zdjęć ( cyknąłem tylko parę) ale widoki niczego sobie. No i oczywiście znów byłem atrakcją dla miejscowych, dzieciaki zlatywały się z całego sąsiedztwa żeby popatrzeć jak muzungu z wypiekami na twarzy prowadzi taki śliczny fioletowy rower przez wieś.       

czwartek, 8 października 2015

A good day.

To był po prostu dobry dzień.
Podczas mojego krótkiego pobytu w Polsce jakoś nie miałem kiedy, ani o czym pisać. Skupiłem się na załatwieniu parę niezbędnych rzeczy w szkole i obronie pracy licencjackiej za którą do dziś się wstydzę. Po powrocie też nie bardzo było kiedy pisać, po krótkim pobycie w Nairobi dosłownie wpadłem na narodowy kongres eucharystyczny w Subukia. Budzę się rano a za oknem trzydziestotysięczny tłum pielgrzymów, największe tego typu wydarzenie w historii tego kraju, coś niesamowitego.


Zbliża się też koniec mojego pobytu tutaj więc i przy samym projekcie jest masę roboty. I jakoś tak "dobre dni" zwyczajnie nam się nie przydarzały. Na początku tego tygodnia byłem zmuszony przeprowadzić pewne cięcia w wypłatach, pracownicy nie byli zadowoleni, ale nie było wielkiego wyboru. Po odebraniu wypłaty jeden bez uprzedzenia podziękował nam za współpracę, zwyczajnie nie pojawiając się więcej w pracy. Cięcia był spowodowane koniecznością zorganizowania chłopakom wyżywienia. Od pewnego czasu jest ich zwyczajnie za dużo by w dalszym ciągu mogli zaopatrywać ich zakonnicy. Trzeba było zatem zatrudnić kucharkę, zakupić naczynia i produkty spożywcze no i zorganizować jakąś, przynajmniej tymczasową kuchnie. Ma się ona mieścić w starej, rozsypującej się szopce, przygotowanie jej wymaga sporego nakładu pracy. Dziś poprosiłem kilku chłopaków ze stolarni żeby się tym zajęli, by szybciej mieć to z głowy. Nie wszystkim spodobał się ten pomysł i w zasadzie mieli nieco racji, mieli się uczyć na stolarzy a nie przerzucać ziemię. Koniec końców zostali ze mną tylko ci którzy byli skłoni pomóc. Więc wspólnymi siłami przez kilka następnych godzin kuliśmy twardą, ubitą ziemie kilofami a następnie wywoziliśmy ja taczkami na pole. Wszyscy się przy tym umęczyliśmy ale ktoś musiał przygotować grunt pod wylewkę. Po pracy postawiłem chłopakom po butelce Coca-Coli i wróciliśmy do warsztatu gdzie zrobiliśmy małe przemeblowanie, przesuwając maszynę z miejsca na miejsce.
Od pewnego czasu miałem problem ze znalezieniem im jakiejś takiej roboty żeby nie przerastała ich umiejętności i byli w stanie sobie z nią poradzić, dziś zleciłem jednemu z nich wykonanie eksperymentalnego łączenia, którego zdjęcie znalazłem w internecie.    
       
  
Pod koniec dnia byłem pozytywnie zaskoczony otrzymanym rezultatem, chłopak na prawdę się postarał. Co prawdo jago łączeniu zabrakło precyzji oryginału ale będziemy pracowali nad tym jutro.



Poza tym po przemeblowaniu warsztat wygląda naprawdę dobrze i został solidnie uprzątnięty. Mocno przyczyniła się do tego dzisiejsza awaria prądu ale kto by się tym przejmował. Kiedy już wyszliśmy okazało się że jeden z moich pracowników, Mosa, przyjechał dziś do pracy na rowerze. Starym, zdezelowanym klamocie bez przerzutek i ręcznych hamulców, w Polsce już takich nie robią, złom warzy pewnie jakieś 20 kilo i ma bagażnik wyspawany z prętów zbrojeniowych. Mimo to wszyscy byliśmy nim zachwyceni, chłopaki wsiadali na niego jeden po drugim tylko po to by kawałek się nim przejechać. Po zamknięciu warsztatu szliśmy razem, patrząc jak Peter szaleje na rowerze. Ledwie sięgał do pedałów mimo to nie dawał sobie wytłumaczyć że jest za niski i koniecznie musiał spróbować. Wszyscy obserwowaliśmy jak poskakuje na wyboistej drodze z trudem utrzymując równowagę. Żartowaliśmy i gadaliśmy, ja byłem zadowolony że udało nam się wykonać to nowe łączenie, a moi fachowcy też byli z siebie dumni bo wreszcie miałem ich dziś za co pochwalić. Dzięki wspólnej pracy przy kuchni może uda się ją skończyć już jutro. No i chyba właśnie za sprawą tego roweru tak wszystkim poprawiły się nam dziś humory. I jakoś tak pomyślałem że to w sumie był całkiem niezły dzień.

***

A na koniec dnia niespodzianka. Po zamknięciu warsztatu i pożegnaniu się z chłopakami postanowiłem (jak co dzień od dwóch dni) wspiąć się do źródełka. Docieram na górę zziajany i zapocony, a tu w koło źródełka cała zgraja dziewcząt, ewidentnie jakaś szkoła, czerwone spódniczki i sweterki, białe bluzeczki. Powiedziałam grzecznie dzień dobry i odszedłem nieco dalej by nie robić zbiegowiska jak zacznę robić shomenuchi. Odszedłem kawałek, poćwiczyłem i wracam na dół, a te dziewczyny zupełnie jak by na mnie czekały. Nagle obskoczyła mnie cała banda, szczebioczą jakie to mam ładne włosy i tylko czuje jak mnie tam ktoś nieśmiało maca po karku (nie rozumiem fascynacji Afrykanów "białymi włosami", no zwyczajnie nie czaje). No i się zaczęło, a czy mógł byś nam pomóc nieść wodę? A skąd jesteś? A w jakim języku się tam mówi? A kto jest prezydentem, a czy jest ciepło? A jak jest po polsku, cześć? A jak jest do widzenia? A dziękuje? A czy masz aparat, a może zrobił byś nam zdjęci? Swoją drogą tego też nie rozumiem, to chyba jakieś skrzywienie zapoczątkowane prze odwiedzających Afrykę zagranicznych turystów, jak się kogoś spotyka, to nie robi się zdjęcia z kimś, tylko komuś. Tak jak na tym opisywane przeze mnie harambee, wszyscy chcieli zdjęcia....no i teraz trzymam te zdjęcia obcych ludzi wyprężonych na baczność nie widzieć po co i dla kogo. W przeciwieństwie do gości z uroczystości u Petera dziewczęta potrafiły się ustawić do zdjęcia, pozowały jak do fotografii na zakończenie roku, ale niestety nie wiele z tego wyszło, bateria padła. Udało się pstryknąć tylko jedno, autorem jest miejscowy pracownik-katecheta, który nieco opiekuje się sanktuarium.