poniedziałek, 7 grudnia 2015

Blessing.

Od dawna nie pisałem, uznałem zatem że nadszedł już czas na opublikowanie kolejnego posta. Ostatnie dwa dni spędziłem w Ruiri, w okolicy Meru gdzie zostałem zaproszony na święcenia jednego z braci z którymi tutaj mieszkałem. Obecnie jest on już ojcem a wczoraj odbyła się msza prymicyjna w jego rodzinnej parafii. Nie brakowało gości ze wszystkich franciszkańskich domów w Kenii. Nie tylko ojców i braci, świeżo wyświeconego zakonnika ale również zwyczajnych, prostych parafian, przyjaciół i znajomych z którymi żył i mieszkał poprzez lata spędzone w postulacie a następnie nowicjacie czy nawet jako diakon. Podczas uroczystości nie zabrakło śpiewów, tańców, długich przemówień (we wszystkich możliwych językach), uroczystego poczęstunku po mszy prymicyjnej oraz wielu innych podniosłych momentów. Kilka zdjęć z obydwu uroczystości jak również z drogi można zobaczyć na mojej picassie, polecam. 

Dziś jednak miało miejsce coś co przyćmiło wydarzenia ostatniego weekendu i skłoniło mnie do napisania na inny temat.
Gdy czekaliśmy na lunch około godziny pierwszej po południu, jedna z goszczących u nas sióstr wróciła z kaplicy przy źródełku na szczycie góry, i oznajmiła że znalazła tam dziecko. O sprawie zameldowała Ojcu. E, który bezzwłocznie powiadomił policję. Zgodnie z prawem w takim przypadku nie wolno zabrać dziecka z miejsca zdarzenia i musi ono pozostać tam aż do przybycia policji. Zaniepokoiło mnie to nieco gdyż wiem że szybkość z jaką reaguje w Kenii policja pozostawia wiele do życzenia. Wraz z drugą siostrą, również pozostającą u nas na modlitwach poszliśmy na górę. Chcieliśmy sprawdzić czy dziecku "niczego nie brakuje" i czy jest bezpieczne. Gdy dotarłem na gore, zostawiając siostrę w tyle, zastałem niemowlę skulone i śpiące na kamiennych schodach kapliczki.


Nie chcę zaraz stać się tutaj nowym Kevinem Carterem więc od razu nadmienię, że dziecko spało kiedy tam dotarłem. Dotknąłem go delikatnie, miało ciepłe rączki i twarz, nie miało jednak gorączki, oddychało spokojnie. Dopiero sprawdziwszy to sięgnąłem po aparat i wykonałem serię zdjęć "miejsca zbrodni" dla nadciągającej policji. Sfotografowałem dziecko oraz pozostawione przez matkę wraz z nim rzeczy. Leżały rozrzucone na podłodze wewnątrz kapliczki, kocyk, pielucha, kubeczek z zimnym mlekiem, torba z ubrankami. Dziecko najprawdopodobniej również zostawiła wewnątrz a następne wyraczkowało ono na schody z których musiało stoczyć się na duł. Gdy kończyłem oględziny miejsca zbrodni dziecko ocknęło się i zaczęło mi się przyglądać, nie czekając na siostrę podniosłem je ze schodów. Na sznureczku przy czapce miało przywiązany list z wiadomością od matki.

Gdy przyszła siostra wspólnie przebraliśmy małą. Zamieniając przemoknięte, zasikane ciuchy na czystsze i suche wyciągnięte z torby. Następnie siostra ruszyła na duł by poprosić w kuchni o jakieś jedzenie dla małej a ja zostałem z nią na górze aż do przyjazdu policji. 

To the father in charge...her name is precious Blessing.

Jeden z czekających wspólnie ze mną kowbojów z farmy dostał telefon że policja już jest i żebyśmy zabrali wszystko i zeszli na duł bo nie będą się fatygować na szczyt wzgórza. Na dole czekało na nas już trzech oficerów policji wraz z radiowozem i Ojcem. E. Towarzyszyła im kilkudziesięciu osobowa grupa gapiów, kobiet z kuchni i pola, pracowników z budowy okolicznego kościoła i generalnie "przechodniów". Wszyscy chcieli zobaczyć dziecko mając nadzieję że zidentyfikują dzięki temu "wyrodną" matkę. Mała została napojona ciepłym mlekiem i przekazana policjantom których zadaniem od teraz miało być dostarczenie jej domu dziecka, najprawdopodobniej w Nakuru.



"Posterunek policji to nie miejsce dla dziecka" -Powiedział jeden z oficerów odbierając małą ode mnie.


Gdy schodziliśmy na duł, nim jeszcze spotkaliśmy się z policją i tłumem gapiów, z pod ostatniej stacji drogi krzyżowej przyglądała nam się para dzieci. Powiedziałem kowbojowi że może to jej rodzeństwo które obserwowało nas z krzaków gdy zajmowaliśmy się małą, lub może widziały wcześniej kto zostawił dziewczynkę w kaplicy. Krzykną do nich w suahili a one znów zniknęły w zaroślach. Jestem jednak pewien że przyglądały się nam jeszcze gdy nieśliśmy na dół. Być może w ten sposób żegnały młodszą siostrzyczkę. 

sobota, 28 listopada 2015

Kolejna czarna myśl.

W mało popularnym i jedynym moim dziale -oprócz strony głównej- postanowiłem zamieścić dziś nowy tekst. Jest on już nieco nie aktualny, pisałem go kilka już tygodni temu na potrzeby artykułu który nigdy się nie ukazał. Teraz postanowiłem zamieścić go na blogu w dziale: "Czarne myśli na Czarnym Lądzie". Uznałem że będzie on tam pasował lepiej niż do tego kolarzu zdjęć i tekstu jaki tworzy moja "tablica". W dziale tym znajdowało się dotąd już pięć  tekstów, trafiły tam gdyż podobnie jak ten, coś mi w nich nie pasowało. Niektóre z nich maja formę zbliżoną do reportażu inne znów przypominają krótkie felietony pełne moich osobistych wynurzeń na tematy generalnie ponure. Serdecznie zachęcam do lektury:

* Czy będziemy nową Grecją? - Tekst informacyjny o "ciekawych" aspektach ekonomicznej sytuacji Kenii

A jak Allach. - Krótki tekst na temat ubiegłorocznych środkach bezpieczeństwa, przedsięwziętych przez kenijskie rząd.  

Kran z dolarami. - Kilka prywatnych wynurzeń na temat idei pomocy.

* Whose house, rocks house. - Przemyślenie po mojej pierwszej wizycie w Ugandzie.

Al Shabaab przy obiedzie. - Dokładnie tak jak w tytule - relacja rozmowy.

* Matatu. - Sprawnością najlżejszy tekst w całym dziale - relacja z porużylokalnym transportem.   

piątek, 20 listopada 2015

Another good day.

Rzadko piszę o pracy i o tym co tutaj tak na prawdę robię, dziś jednak uznałem że warto. Postanowiliśmy wraz z uczniami-pracownikami, zorganizować spotkanie dla rodziców. W ciągu ostatnich kilku tygodni mieliśmy sporą rotację, kilku chłopaków bezpowrotnie zniknęło, jeden nawet z pobraną wcześniej zaliczką. Zorganizowaliśmy zatem kolejny nabór, by załatać brakujące miejsca w liście obecności. Poza tym, moi kijana (młodzież) z którymi wspólnie z Moricem (naszym "szefem" produkcji), pracujemy już od kilku miesięcy powoli przeistoczyli się z rozwrzeszczanej zgrai obiboków w grupę kompetentnych i rzetelnych pracowników, którzy wiedzą już z której strony złapać za hebel. Przyszedł zatem najwyższy czas by przyjąć nowych i mniej doświadczonych kandydatów którzy może nauczą się czegoś u boku kolegów. Rekrutacja jak zwykle odbyła się w kilku etapach, bo w Afryce na prawdę trudno jest się doprosić żeby ludzie przyszli na wskazaną godzinę i w dodatku wszyscy naraz. Nie miałem zatem ani czasu ani okazji poznać rodziców większości z moich pracowników, uznałem zatem za stosowne, że najwyższy czas żeby rodzice nas odwiedzili. Nie tylko po to żeby przekonać się że rzeczywiście gdzieś tam istnieją, ale również by mogli zobaczyć i dotknąć, mebli będących owocem pracy ich pociech. Datę spotkania wyznaczyliśmy na dziś, o godzinie 14 mieliśmy wspólnie zjeść lunch z rodzicami po czym wszyscy skończyć dziś pracę nieco wcześniej. Przygotowania trwały w zasadzie od trzech dni. Ja musiałem zajęć się sprawami związanymi z poczęstunkiem, przy czym pomagała mi Mama Ester - nie chodzi tu o mamę osoby imieniem Ester, mama w tym wypadku jest raczej tytułem, formą grzecznościową stosowaną w Kenii wobec kobiet które nie są już pannami, nie ma to jednak nic wspólnego ze stanem cywilnym a bardziej z wiekiem i pewnym doświadczeniem. Wspólnie zaplanowaliśmy menu na dziś, zamówiliśmy wszystkie potrzebne produkty i składniki. Okazało się być tego sporo i codziennie dochodziły kolejne rzeczy, sufuria -nie mam pomysłu polskiego odpowiednika, jest to blaszane naczynie wielkości miski na pranie, wystarczająco duża by pomieścić porcję ryżu na sześćdziesiąt osób- dżiko - nazwę zapisuje fonetycznie, piecyk na węgiel drzewny, przypominający przeciętą w połowie beczkę, na żarze ustawia się garnek- oprócz tego zwyczajne produkty spożywcze, mięso, warzywa, ryż, trzydzieści kilo mąki na ugali, dwadzieścia litrów oleju i wiele, wiele innych. Przygotowania trwały też oczywiście w samej stolarni, gości należało bowiem odpowiednio przyjąć. Zrobiliśmy nowy stół i odmalowaliśmy stary, zakupiliśmy ceraciane obrusy w ananasy- jedyny wzór który był dostępny z roli na metry. Justus wraz Samuelem, moje dwa osiłki, o dziwo obydwaj utalentowani jak się okazuje stolarze, cały wczorajszy dzień "reperowali" taborety, których dawno temu w ramach treningu uczniowie wykonali kilkanaście, a których użytkowość była do tej pory raczej żadna. Dziś od rana trwało wielkie sprzątanie, udało nam się wreszcie popakować w worki i wywieść do garażu pod domem kilkadziesiąt kilogramów odpadków i ścinków- kawałków drewna zbyt małych lub z byt zniszczonych by użyć ich chociażby do treningu- naturalnie największą atrakcją była przejażdżka ciężarówką która podrzuciła nas wraz z naszym ładunkiem pod sam garaż. Chłopaki byli w niebo wzięci gdy pędziła wyboistą drogą a my trzymaliśmy się metalowej konstrukcji na pace.
Rodzice pojawili się ale naturalnie nieco spóźnieni, no ale przecież mamy tu afrykański czas więc nie ma się co dziwić. Zaczęliśmy od oprowadzenia ich po warsztacie i pokazania każdej maszyny i wykonanego przez nas mebla, które specjalnie odkurzyliśmy i rozstawiliśmy na te okoliczność niczym wystawkę. Wydawali się być pod wrażeniem. Posiłek poprzedziło kilka "przemówień" ja podziękowałem wszystkim za przybycie, jeden z zakonników który również się pojawił wspomniał parę słów na temat mojego rychłego wyjazdu i nadciągających zmian, zaproszona, goszcząca u nas na rekolekcjach siostra zakonna też powiedziała kilak słów. Potem podziękowaliśmy panią kucharką za przygotowanie posiłku i zaczęła się biesiada. Po wszystkim delegacja rodziców podziękowała mi za te całą inicjatywę i tak dalej, a uczniowie zabrali się do ogarniania warsztatu.            
wspomniana rekrutacja




pierwsze zdjęcie rodzinne, polecam zwrócić uwagę na koszulkę mamy w zielonym (pierwszy rząd, środek) 
kurczaki w kąpieli

kijana na motocyklu

Wydaje mi się ze ogólny zamysł został spełniony, dla nas, była to okazja do zrobienia generalnego porządku w warsztacie i pretekst do przygotowaniu oraz zakupu paru rzeczy które od dawna były nam potrzebne. Rodzice wreszcie zobaczyli warsztat i nie jest on już dla nich tylko jakimś abstrakcyjnym miejscem do którego codziennie rano udają się ich synowie i córki- a tak mamy od poniedziałku w warsztacie trzy dziewczynki, Ann, Beth i Nine. Zapowiedziałem też już że spotkanie mam zamiar powtórzyć jeszcze raz, przed moim wyjazdem w grudniu.              

***

Poniższy tekst początkowo miał być głównym tematem tego wpisu, po dzisiejszym dniu i w świetle wydarzeń sprzed tygodnia - Paryż-, postanowiłem sobie darować. Umyślnie jednak nie zamieściłem go na początku bo w przeciwnym razie nikogo nie zainteresowało by moje za przeproszeniem, pierdolenie o obiadku z rodzicami.

Do napisania tego posta zbierałem się od kilku dni. Dawno nic nie zamieszczałem uznałem wiec, że zwyczajnie najwyższy już czas. Najbardziej aktualnym tematem wydał mi się szalejący obecnie nad Kenią, niesławny, El- Nino. Od trzech dni regularnie oglądałem wiadomości, wypytywałem odwiedzających nas gości co słychać w ich stronach i robiłem notatki. Zbierałem informacje. Jednak nie to stało się ostatecznie głównym tematem tego psota, napomknę zatem jedynie o kilku zdarzeniach z ostatnich dni, by ogólnie zarysować skale zjawiska jakim w Kenii okazała się tego roczna pora deszczowa. O tysiącach ludzi odciętych od świata przez masy wody, które uczyniły drogi nieprzejezdne, zerwały mosty i linie wysokiego napięcia. O ofiarach powodzi, porwanych przez szalejący żywioł, o kobiecie która umarła z wyziębienia na dachu swojego domu czekając na pomoc, gdy woda wdarła się do środka. O karetce zagrzebanej w błocie na sześć godzin, która akurat wiozła rodzącą kobietę do szpitala. O regionach gdzie nie da się obecne inaczej dotrzeć jak helikopterem. Czy o ciałach wyławianych z rzek, które nie wiadomo jak długo były niesione przez wodę i gdzie szukać rodzin ofiar. Ludzie w regionach szczególnie dotkniętych powodzą budują prowizoryczne mosty z gałęzi i pni drzew by przedostać się na drugą stronę, jeszcze nie dawno niewielkich rzek, które obecnie przeobraziły się w rwące potoki napędzane ciągłymi ulewami. Przekroczenie takiego mostu to codzienna loteria, niestety nie wszystkim udaje się dotrzeć na drugi brzeg. Dwa dni temu, schodząca lawina błota pogrzebała we śnie pięcioosobową rodzinę. Podobnych jak podane po wyżej przypadków jest wiele w całym kraju, ale zwyczajnie nie wszystkie docierają do wieczornych wiadomości.    


piątek, 13 listopada 2015

Dzika gęś.

W odpowiedzi na sugestię jednej z czytelniczek którą zainteresowała wzmianka z poprzedniego post, o spotkanym przeze mnie przed laty najemniku, postanowiłem napisać na ten temat nieco więcej. Postaram się nie przekłamywać faktów i przybliżyć wam tylko te fragmenty naszej wspólnej rozmowy które pamiętam najlepiej. Mimo upływu czasu te wspominania wciąż wydają się dość świeże, w tamtym okresie było to dla mnie bardzo egzotyczne doświadczenie które pokrótce opisałem w jednym z moich dawnych notatników, zdarzyło mi się od tamtej pory kilkukrotnie do niego wracać.
Pamiętam jak na wspomnianym laptopie pokazywał mi zdjęcia, jedno z nich przedstawiało wielką wyrwę na środku drogi. Była dość głęboka by stojącemu w niej amerykańskiemu żołnierzowi było widać jedynie hełm. W koło dziury znajdowały się wraki samochodów a dalsze zdjęcia przedstawiały ledwie rozpoznawalne zwęglone, ludzkie zwłoki.                                                                                Co dziennie rano do amerykańskiej bazy wojskowej  przywożono zapasy. Ciężarówki, pickupy i auta osobowe czekały w szerokim na pięć pasów korku by dotrzeć do bramy z wiezionymi towarami. Wieziono wszytko od jedzenia i chemii i rzeczy codziennego użytku po papier toaletowy. Na bramie następowała kontrola wwożonych dóbr. Oni to znaczy ludzie z którymi pracował mój towarzysz podróży zajmowali się ochroną bazy, poza tym pełnili rolę jednostki szybkiego reagowania. Gdy usłyszał huk eksplozji nie był na służbie, mimo to wraz całą resztą rzucili się do opancerzonych wozów by jechać na miejsce "wypadku". Jeden ze stojących w korku do bramy samochodów okazał się być wyplenionym po brzegi materiałami wybuchowymi samochodem pułapką. Do eksplozji doszło gdy w samym środku morza pojazdów zbliżył się do wiozącej paliwo cysterny. W zamachu i pożarze który objął większą cześć drogi w parę chwil zginęło ponad dwieście osób, nie dało się dokładnie określić ile, po wielu ofiarach nie zostało nic prócz poczerniałego śladu na asfalcie. Nie udało się również w przybliżeniu określić marki samochodu pułapki gdyż tak nie wiele z niego zostało. Pokazuje mi zdjęcie na którym czterech żołnierzy próbuje unieść jakąś bezkształtną bryłę metalu. To silnik z wysadzonego samochodu który przeleciał ponad pięćdziesiąt metrów, żołnierzom nie udało się go unieść własnymi siłami.                                                                            

Zajmowali się również ochroną amerykańskich konwojów z zaopatrzeniem oraz ochroną samych żołnierzy. Zaskoczony nieco byłem dowiadując się że jadącej na "akcję" grupie doborowych amerykańskich żołnierzy towarzyszy kilka wozów z uzbrojonymi najemnikami którzy mają zadbać o to żeby wojsko rzeczywiście do miejsca przeznaczenia dotarło. Potem żywo zainteresowałem się tym tematem i sporo doczytałem. W jednym z takich konwojów auto w którym jechał jako "strzelec" -to ten gościu na siedzeniu pasażera który dotrzymuje towarzystwa kierowcy i zmienia muzykę - zostało ostrzelane. Pech chciał ze akurat z jego strony. Pokazał mi zdjęcie zrobione już w bazie podziurawionym po dziurawionym drzwiom. Gdy podwija spodnie pokazuje mi ślady na łydce po postrzałach. Miał podziurawioną całą nogę od strony drzwi, musiał wrócić do Afryki i spędzić nieco czasu w domu. 
Gdy tylko wydobrzał wrócił do pracy.    

czwartek, 5 listopada 2015

Z Kenii do Ugandy.

Znów jestem w Ugandzie. Przyjechałem przed wczoraj. Z Nakuru o godzinie 09:30 we wtorek rano miał zabrać mnie autobus jadący do Kampali. Podróż zaczęła się po afrykańsku. To znaczy że kiedy dotarłem na "przystanek" dowiedział się że autobus, a raczej autokar, nie tylko nie wyjechał jeszcze z położonego ponad 200 kilometrów od Nakuru Nairobi, ale nawet tam jeszcze nie dotarł, wciąż znajdował się gdzieś na trasie Mombasa - Nairobi. Dla porównania to troszkę tak jak byśmy jechali z Wrocławia do Krakowa ale kiedy docieramy na stację o wskazanym czasie okazuje że nasz autobus nie dojechał jeszcze z Gdańska do Warszawy. Podróż zatem zaczęła się od czekania, ale cóż to jest te parę godzinek w realiach afrykańskich.
Tak wiec na samym początku załapaliśmy spore opóźnienie, martwiło mnie to trochę. Spodziewałem się opóźnienia ale miałem nadzieję że problemy zaczną się dopiero na granicy, a tu taka niespodzianka. Ku mojemu zaskoczeniu na granicy poszło nam nad wyraz sprawnie. Wciąż czekam na moją kartę ID w paszporcie mam już jednak wbitą wizę dla rezydenta co uprawnia mnie nie tylko do przebywanie w Kenii prze dłuższy czas ale również do podróży w obrębie krajów wspólnoty unii południowo afrykańskiej, to jest Kani, Ugandy i Rwandy, bez konieczności kupowania wizy. Takie małe afrykańskie schengen. Odprawiający mnie celnik nie uznał jednak za stosowne puścić mnie od tak po prostu. Był bardzo miły i uczynny i zaproponował że wypisze mi specjalny blankiecik uprawniający mnie do przekroczenia granicy bez zakupu wizy (zupełnie jak by wbita w moim paszporcie wiza nie była wystarczająca), musiałem zatem zaczekać aż upora się ze wszystkimi pozostałymi pasażerami. Naturalnie gdy skończył zaprosił mnie na "zaplecze", łamiąc wszystkie zasady odnoście ochrony i bezpieczeństwa na granicy, zwyczajnie otworzył mi drzwi do swojego biura i wpuścił mnie za kuloodporną szybę za którą siedział by wręczyć mi paszport wraz z wypełnionym bloczkiem osobiście. Podając mi dokumenty uścisną mi rękę i poprosił o "token of appreciation", nie peszyło go nawet to że zza szyby czekający petenci przyglądali się jak wręczam mu plik banknotów. W zasadzie był to raczej pliczek niż plik i nie było też podstaw do uiszczania tej dodatkowej opłaty, wypisanie mi "przepustki" było zwyczajnie obowiązkiem celnika, w takiej sytuacji nie wypada jednak odmawiać. Celnik mógł zwyczajnie z czystej ludzkiej zawiści znacznie utrudnić mi przeprawę lub nawet ją uniemożliwić, wiec wolałem nie ryzykować. Urzędnik nie był jednak zachwycony wysokością honorarium i na następny raz kazał mi się lepiej przygotować. Mam tylko szczerą nadzieję że wracając nie trafię na tego samego pana. 
po drodze mijaliśmy Biały Dom.
Ugandyjską cześć drogi do Kampali pokonywaliśmy już po zmroku nie było zatem za bardzo na co patrzeć. Jednak w świetle lampionów i naftowych lamp dawało się dojrzeć przydrożne nocne życie. Ludzi sprzedających przekąski z przenośnych grilli, nie wiele różniących się od wózków z węglem. Otwarte nocne kluby kuszące kolorowymi szyldami i sznurami choinkowych lampek, rozgrywki toczone na stołach bilardowych zwyczajnie wstawionych pod przydrożne wiaty z patyków i blachy. Wystrojone kobiety zmierzające na zabawę lub zachęcająco czekające na skrzyżowaniach. Pijanych mężczyzn wytaczających się z barów lub sklepów monopolowych by wysikać się na poboczy.
Z okazji zbliżających się wyborów prezydenckich cała Uganda oblepiona jest plakatami promującymi rozmaitych kandydatów, bezustannie odbywają się spotkania, promocje i prelekcje, przez co miasto co rusz utyka w korku. Przetaczające się przez nie demonstracje i marsze skutecznie blokują wszelki ruch uliczny przynajmniej na kilka godzin. Całe te kampanie wyborcze i szum w mediach wydają mi się nieco na pokaz, ponieważ Museveni zapowiedział już że chce odsłużyć jeszcze jedną kadencję a następnie ustąpi stanowiska. Nie wróżę zatem zbyt wielkich szans dla kandydatów stających w szranki z człowiekiem który w "demokratycznych" wyborach jest wybierany na to stanowisko od blisko trzydziestu lat. W kwestii rządów w tym kraju wydaje mi się że o jakichkolwiek zmianach będzie można mówić dopiero kiedy obecny-były prezydent zwyczajnie uzna że się już nabawił, zabierze swoje zabawki i wyjdzie z piaskownicy.
Podróż autokarem do Ugandy, przypomniała mi pewną historię. Dawno, dawno temu, jakoś tak w okolicach roku 2010, wybrałem się w moją pierwszą zagraniczną afrykańską podróż, do Mwanzy w Tanzanii. Tam i z powrotem pojechałem podobnym autobusem. W drodze powrotnej byłem zachwycony pamiątkami jakie wiozłem na sobie z tego pięknego kraju, robioną na szydełku wełnianą czapkę w barwach tanzanijskiej flagi i robione na miarę klapki z samochodowej opony. Niestety miejscowi nie podzielali mojej fascynacji i na granicy wywoływałem ogólną śmieszność i wesołość, Do tego zaczęło padać i stałem w zasadzie boso w moich oponowych japonkach pośród kałuż i błota urypany po kolana. Po powrocie do autobusu wróciłem na swoje miejsce, i bez szczególnej krępacji przypiąłem z powrotem na pasek ukryty przed kontrolą celną w plecaku nóż. Na co mój towarzysz podróży, siedzący na siedzeniu obok Afrykanin, z którym do tej pory taktownie się ignorowaliśmy, wyraził żywe zainteresowanie, powiedział ze fajny i pochwalił mi się własnym, wyciągniętym z cholewy buta nożem. Po raz kolejny potwierdziło się że nóż zbliża ludzi. Zaskakująca wydała mi się uwaga mojego nowego znajomego że dzięki jakiemuś specjalnemu stopowi z którego wykonany jest jego nóż nie wykrywają go nawet bramki na lotniskach. Zaskoczyła mnie również swoboda z jaką młody mężczyzna posługuje się angielskim (większość spotkanych przeze mnie Tanzańczyków miała z tym spore problemy), z miejsca założyłem że musi być zatem studentem. Jak wynikło nieco później z rozmowy bardzo się pomyliłem. Otóż, mój sąsiad z fotela obok bynajmniej studentem nie był. Dowiedziałem się od niego że jedzie on właśnie do Kampali, przez Nairobi, gdzie mieszka i pracuje, a tutaj jedynie kogoś odwiedzał. Nieoczekiwanie zapytał mnie czy jestem Serbem, zdziwiłem się, zaprzeczyłem i zapytałem skąd taki pomysł. Powiedział że pracował z wieloma Serbami i mieli nieco podobny akcent (mam nadzieję że od tamtej pory mój "akcent" nieco się poprawił), zaciekawiłem się w jakiej to branży młody Ugandyjczyk mógł spotkać wielu Serbów. Był najemnikiem. Przez resztę drogi do Nairobi opowiadał mi o tym jak i gdzie pracował, wyjął laptopa, pokazywał mi zdjęcia zrobione z helikoptera na których były jeszcze niezbombardowane, złote pałace Saddama. Opowiadał o swoim pobycie w Iraku i o tym jak zaczął te pracę. O tym jak w wieku trzynastu lat biegał po ugandyjskiej dżungli z karabinem jako kid soldier, a potem, po latach spotkał Brytyjczyka który zatrudnił go w agnacji zajmującej się szeroko rozumianą ochroną interesów klienta. Nie myślałem jeszcze wówczas zupełnie o pisaniu i zwyczajnie zbagatelizowałem wagę tego spotkania biorąc je zwyczajnie za ciekawą, pogawędkę podczas przejażdżki autobusem, dziś pewnie podszedł bym do tego bardziej profesjonalnie. Moja ostatnia podróż zwyczajnie przypomniała mi o tym niecodziennym spotkaniu i o tym że tego typu wycieczki niekiedy dają nam możliwość nawiązania zupełnie nieoczekiwanych znajomości.  

***

I na koniec chciał bym się pochwalić. Otóż, mój blog oficjalnie śledzą już dwie osoby, pozyskanie "tej drugiej" (Kasia wiernie śledziła moje poczynania od samego początku) zajęło mi ponad rok pracy więc jest co świętować. Korzystając z okazji chciałbym obydwoje imiennie pozdrowić, wielkie dzięki Kasiu i Radku, serdecznie zapraszam również do śledzenia tego co sami publikują:


sobota, 31 października 2015

Bajka o dwóch braciach.

"Było kiedyś dwóch braci, jednemu na imię było Zebra a drugiemu Osiołek, żyli w zgodzie zupełnie do siebie podobni. We wszystkim sobie pomagali. Pewnego razu zostali zaproszenie na wesele. Z okazji tak znamienitej uroczystości postanowili specjalnie się na nią przygotować i jak najpiękniej przystroić. Jak zwykle pomagając przy tym sobie nawzajem. Pierwszy był Zebra a Osiołek mu pomagał, wymalował zatem brata w piękne czarnobiałe pasy. Niezwykle się przy tym starał by jak najdokładniej udekorować brata. Gdy już skończył przyszła kolej na niego, w czym Zebra miał mu pomóc. Niestety w puszkach zostało już niewiele farby podobnie jak czasu do wielkiej uroczystości. Zebra, nie chcąc spóźnić się na wesele, wymieszał resztkę farby i w pośpiechu wymalował całego brata na szaro, domalowując tylko jedną ciemniejszą pręgę na jego grzebiecie. I od tego czasu wszystkie zebry są w paski a osły są szare i trzymają się od siebie z daleka."

- opowieść pewnego nauczyciela


wtorek, 20 października 2015

Another Hero Day.

Dokładnie rok temu, co do dnia opublikowałem na tym blogu post pod tytułem Hero day, opowiadałem w nim o tym jak wraz z Kasią niespodziewanie trafiliśmy w gościnę do Petera i jego rodziny. Dziś historia zatoczyła przysłowiowe koło.
Peter zapraszał mnie do siebie wiele razy, w zasadzie robi to przy każdej okazji naszego spotkania. Z premedytacją starałem się jakoś wykręcać od tych odwiedzin. Znam gościnność Kenijczyków i doceniam ją, ale wybranie się tutaj do kogoś na powiedzmy, jedną godzinkę, jest niemal niemożliwe. Herbatka zamienia się w lunch, lunch w popołudniową herbatkę a z kolei ona w wczesną kolacje, i tak można aż do późnej nocy. Dlatego jeżeli nie ma się całego dnia na przesiedzenie to takie "odwiedziny" mogą okazać się problematyczne. Z własnego doświadczenia wiem że często prowadzi to do niezręcznych sytuacji w których gość (ja) próbuje się grzecznie pożegnać i podziękować za miłe przyjęcie, tymczasem gospodarz (w tym przypadku Peter) za wszelką cenę stara się go zatrzymać. No i tak się jakoś złożyło że dałem się wreszcie namówić na wizytę. Zupełnie umknęło mi że narodowe święto dzięki któremu stolarnia ma dziś wolne to ta sama okazja przy jakiej poznaliśmy się z Peterem rok temu, gdy wraz z Ojcem J. odebrali nas przemoczonych i zziębniętych od sióstr.
Dziś od rana świeciło słońce, na niebie widać było jednak chmury zwiastujące popołudniowy deszcz. Kika dni temu zawitał w te strony El Nino, fala ulewnych deszczy nawiedziła już niektóre regiony Kenii a media przestrzegają przed zagrożeniem powodziowym. Do domu Petera dotarłem jeszcze przed południem. Na podwórku powitali mnie jego synowie, ci młodsi, Eryk, najstarszy jest już na studiach. Z podwórka wchodzę do chaty gdzie spotykam żonę Petera. Częstuje mnie herbatą i tłumaczy że mąż jest na spotkaniu. Gdy wraca opowiada mi o istocie tego zgromadzenia, otóż wraz z sąsiadami chcą się "złożyć" na rury którymi będą mogli doprowadzić z położonej wyżej rzeki wodę wprost do sowich domów. Pociągnięcie takiego mini rurociągu znacznie ułatwiło by im życie. Jestem świadkiem jak wózek zaprzęgnięty w dwa osiołki dowozi im wodę ze strumienia, synowie Petera rozładowują plastikowe baniaki. Peter naturalnie nie daje się przekonać że wpadłem tylko na herbatę i po drugim kubku słodkiej jak ulepek herbaty z mlekiem nie mam innego wyboru jak tylko czekać do wczesnego lunchu. W międzyczasie siedzimy wewnątrz i rozmawiamy oglądając w telewizji obchody dnia bohaterów na stadionie narodowym w Nairobi, podczas gdy jego żon gotuje w niewielkiej komórce na podwórku. Hero Day lub Mashaja jest tutaj hucznie obchodzone. Po murawie stadionu maszerują zastępy żołnierzy w galowych mundurach. Marynarka w białych, piechota w tradycyjnych dżunglowych panterkach z karabinami na ramieniu, granatowe i czerwone mundury, na wzór brytyjskich sprzed okresu wojen burskich noszą chyba kompanie honorowe. Mają białe rękawiczki a prowadzący ich oficer maszeruje sztywno przyciskając do piersi lśniący pałasz. Tuż przy nim, prezydent i wielki gruby generał w białym mundurze i szerokiej czapce. Tłum na trybunach wiwatuje, długą przemowę prezydenta poprzedza hymn i wniesienie na stadion sztandarów. Jeszcze przed lunchem wychodzimy z Peterem na zewnątrz i zwiedzamy całe jego poletko, jest zadbane i schludne, otoczone równym żywopłotem. Sadzi tu sukume, bataty, kukurydzę ma nawet kilka drzew z avocado i jedną krowę. Siadamy do lunchu, ziemniaki w sosie i do tego ciapaty, wszytko super smaczne i do syta. Po jedzeniu jeszcze jakiś czas wspólnie rozmawiamy. Ale przychodzi na mnie czas, więc żegnam się wychodzę, gospodarz wraz z żoną odprowadzają mnie kawałeczek pokazując skrót przez pobliskie pole. Machamy sobie na pożegnanie, przyglądają mi się gdy ruszam w dół droga prowadzącą do miasteczka.   

Peter z małżonka.


Po dotarciu do Subukia, zaglądam do baru gdzie bywałem z Kasią, witam się z barmanką Ann i jednorękim właścicielem. Wszyscy dopytują się czemu nie ma jej ze mną, doskonale pamiętając nas z przed roku. Przy barze zamawiam małpkę ginu i na wszelki wypadek dezynfekuje wszystko co mogło wypełznąć z tego strumienia z którego Peter czerpie wodę. Bo przecież nie jest tajemnicą że to z wody właśnie wyszło wszelkie życie, a w Afryce "ameba hyc". 





Ulice Subukia wyglądają dziś nico inaczej niż zazwyczaj, w oknach i na ścianach budynków powiewają narodowe flagi, nie jest ich jednak dużo. Z okazji święta jeszcze więcej ludzi dziś siedzi tu w ogólnym afrykańskim bezruchu. Gdzieś od strony kościoła słychać śpiewy, kawałek dalej gra jakaś muzyka i ktoś tańczy a na boisku szkolnym odbywa się uroczystość na miarę małego miasteczka, prowizoryczna mównica, panie i panowie elegancko ubrani pod białymi namiotami. Jednak większość przechodniów celebruje dziejesz święto zwyczajnie siedząc i słuchając radiowej transmisji z obchodów w stolicy lub oglądając prezydenta w telewizji. Dla mnie kolejnym punktem dzisiejszego programu jest spotkanie z moimi pracownikami. Po raz pierwszy mam spotkać się z nimi na tak zwanej płaszczyźnie prywatnej. Wczoraj sami zaproponowali że może z okazji święta spotkamy się gdzieś w mieście i pójdziemy coś zjeść i na jakąś sodę. Umówiliśmy się na drugą. Naturalnie o czternastej nie zjawił się nikt prócz mnie i Morisa, moje szefa produkcji. W Afryce rzecz dość zwyczajna, spóźnienie. Po pół godzinie postanowiliśmy dłużej nie czekać na resztę i przeszliśmy się po okolicy szukając czegoś do zjedzenia. Stanęło na pieczonej kózce, zamówiliśmy półtorej kilo do tego frytki.                                                                               
Jak w się a Afryce serwuje taką kózkę czy każde inne pieczone mięso w tego typu lokalach? Pod nazwą "tego typu lokale" kryje się drewniana buda która jest połączeniem stołówki ze sklepem mięsnym. Gdzie najczęściej posiłek zaczyna się od pokazania paluchem kawałka mięcha zawieszonego na haku z którego życzymy sobie żeby rzeźnik-kucharz (profesja łączona) wyciął nam nasze zamówienie. Stoły obite są ceratą z przed stu lat, na środku lady wychamrana jest dziura od rąbania tasakiem mięsa na porcje, a lunch serwuje się na drewnianych deskach które chyba nigdy nie były myte, co i tak nie ma znaczenia bo przez ilość tłuszczu który je zaimpregnował zyskały cechę "wodoodporność". Tym razem nie musimy czekać aż przygotują dla nas posiłek. Korpulentna pani zdejmuje z grilla przygotowane już mięso pozawijane w folie, wybieramy te zawiniątka które najbardziej nam odpowiadają. Następnie przynosi to mięso na wspomnianej wcześniej desce i wielkim nożem zarzyna dla nas skrawać je w mniejsze kawałki, kostkę lub paski jak jej się akurat ukroi. Naturalnie nie nosi przy tym rękawiczek i nie krępuje się przy tym dotkliwie przemacać naszej koziny, pozostaje tylko mieć nadzieję że po rąbaniu surowego mięsa umyła rączki (nie, nie umyła, widziałem). No i zaczyna się uczta, siadamy z Morisem na przeciw siebie raz po raz sięgamy po nakrojone na desce mięso, "zamaczamy" je w rozsypanej na desce soli i chaps. Siadłem pod ścianą, a raczej ścianką, do połowy wysokości od ziemi sklejka, od połowy do sufitu siatka. Po drugiej stronie, na rzeźnickich hakach dyndają półtusze, po szczeciniastych pędzelkach na końcach obdartych ze skóry ogonków odróżniam cielaki od kóz i owiec. Co chwila do "klatki" wchodzi postawny facet w zachlapanym zeschłą krwią fartuchu i brzeszczotową piłką do metalu rżnie mięcho.

Moris i mięsna klatka.

Po lunchu znów się dezynfekuję. Gdy kończymy dołącza do nas jeszcze dwóch chłopaków ze stolarni którzy spóźnili się półtorej godziny. Wypijamy z nimi sodę plotkując, rozmowa idzie raczej ciężko, oni nie znają angielskiego ja swahili, Moris robi za tłumacza. Po wszystkim żegnamy się i biorę motocykl na górę by zdążyć przed popołudniowym deszczem. Po dotarciu znów czeka mnie prysznic przy świecach bo pod moją nieobecność wywaliło prąd. Na wszelki wypadek jeszcze raz zażywam moje lekarstwo.
***
Ciekawostka.


Poniższe zdjęcie przedstawia jednego z naszych zadowolonych klientów który właśnie odbiera swoje małżeńskie łoże, wymiary 4x6 stóp.  



sobota, 10 października 2015

Muzungu na rowerze.

No i pozazdrościłem. Jeden z moich pracowników który do pracy przyjeżdża rowerem zainspirował mnie by też wybrać się na rowerową wycieczkę, choćby niewielką. Pamiętałem że jakiś czas temu Siostry zakupiły kilka rowerów, przedzwoniłem, zapytałem, dogadaliśmy się, nie ma problemu mogę pożyczyć. Wczoraj znów musieliśmy pracować przy tej niedokończonej wciąż kuchni, nauczyłem się za to jak się kładzie dach i ściany z blachy falistej, niewątpliwie bardzo przydatna umiejętność. W zamian za pomoc oraz z racji tego że stolarnia czeka właśnie na duże zamówienie, zarządziłem wolną sobotę dla wszystkich.
Tak więc dziś wyspałem się a potem po lekkim śniadaniu ruszyłem na duł pożyczyć wspomniany rower od Sióstr. Na miejsce dotarłem dość szybko i sprawnie, w końcu miałem z górki. Wypiliśmy wspólnie herbatę, Siostra K poczęstowała mnie ciastem i pokazała rowery. Nie do końca tego się spodziewałem, liczyłem raczej na wysoki, ciężki, złomek. Taki na jakich zwykło się tutaj jeździć. Tym czasem rowerek jak poniżej....

Rowerek.
Mimo to ucieszyłem się jak dziecko. Z okazji minionego kongresu z Subukia na górę zrobiono nam nową drogę. Postanowiłem ją zatem przetestować, słyszałem że jest dłuższa pomyślałem zatem ze musi być też mniej stroma, a skoro mam jechać rowerem powinno mi to znacznie ułatwić wspinaczkę. Droga zaczynała się kilka kilometrów za miasteczkiem Subukia, postanowiłem więc zjechać na sam dół i zahaczyć o miejscowość.
Wyjechałem z jednaj z bocznych uliczek nucąc pod nosem melodię z jakiegoś starego westernu, mój fioletowy rumak niósł mnie dzielnie kamienisto-piaszczystą drogą. A ludzie zamierali przy pracy i przyglądali mi się z otwartymi ustami, a potem wybuchali głośnym śmiechem i pozdrawiali mnie krzycząc "muzungu"! W sumie nie ma się im co dziwić, nie dość że biały to do tego na rowerze, damskim a na dodatek fioletowym, no śmiech po prostu. Ale co mi tam, przejechałem przez całe miasto budząc ogólną wesołość, dzieciaki biegły za mną całą bandą machając i krzycząc, wiec i ja machałem do nich i też krzyczałem. One do mnie w swahili a ja do nich po polsku. Przed wyjazdem z Subukia zatrzymałem się na butelkę sody i żeby zapytać o dalszą drogę, powiedziano mi żeby dojechać na górę będę musiał skręcić jakieś trzy kilometry dalej za rzeką, miała być tam tablica informacyjna. No i pojechałem.
Zgodnie z relacją sprzedawcy sody, po jakichś trzech kilometrach asfaltu widziałem już tablica na zakręcie kamienistej drogi prowadzącej w prawo. No i wtedy właśnie jak to mawiał mój kolega z koła rowerowego do którego należałem w latach podstawówkowo-szkolnych, "odpadło mi pdało". Niby nic wielkiego, niby drobiazg śruba puściła i tyle ale jechać się tak nie da. Pozbierałem wszystkie odpadnięte elementy z piachu pobocza, oceniłem straty. Śruba zwyczajnie się odkręciła, trzymająca ją na miejscu plastikowa zaślepka też wyskoczyła i kawałek korby wraz ze znajdującym się na końcu pedałem zwyczajnie odpadł. Klucza naturalnie ze sobą nie miałem, już w Subukia musiałem pożyczać od jakiegoś uczynnego sklepikarza cały komplet, kiedy chciałem podnieść siodełko. Czyli tak, czy tak trzeba było prowadzić, pytanie jak daleko i w którą stronę. Do miasta jakieś trzy kilometry z powrotem, no a dalej co? Nawet jak zreperuję rower to nie wiadomo czy znów mi się nie rozwali, do Sióstr przecież nie wrócę bo nie wypada oddać popsutego roweru, no bo ja to, pożyczyłem działający a oddam zepsuty? No nie, nie ma mowy. Poza tym uznałem ze w miasteczku mieli już ze mnie dość śmiechu i nie ma co przeholowywać, czyli naprzód. Na zakręcie przy tablicy był niewielki kiosk, zapytałem o komplet kluczy. Sprzedawca nie miał kompletu ale miał dobre chęci i klucz w innym rozmiarze, naprawić oczywiście się nie udało, ale za to zakleszczył mi śrubę na gwincie tak że już ani odkręcić ani przykręcić się jej bez porządnego klucza nie dało. Podziękowałem mu za jego dobre chęci i ruszyłem w drogę powrotną na górę.

Rowerek i Ja, selfiaczek.


No i tak rowerem i pieszo (głównie jednak pieszo) pokonałem kilkanaście kilometrów dzielących mnie od domu. Namęczyłem się pchając rower pod górę, na miejsce dotarłem ledwo żywy. Gdy droga nieco opadała w dół pomysłowo postanowiłem uprzyjemnić sobie wycieczkę krótkimi zjazdami. Zwykle potem musiałem się wracać wybierając z piachu pogubione elementy korby, bo jak się okazało zakleszczona śruba wcale nie trzymała tak twardo jak się na początku wydawało. Trudno powiedzieć czy wycieczkę uważam za udaną czy nie, na pewno była to jakaś odmiana od codziennej pracy w stolarni czy za biurkiem. Pół przytomny, pchając rower pod górę nie miałem siły robić jeszcze zdjęć ( cyknąłem tylko parę) ale widoki niczego sobie. No i oczywiście znów byłem atrakcją dla miejscowych, dzieciaki zlatywały się z całego sąsiedztwa żeby popatrzeć jak muzungu z wypiekami na twarzy prowadzi taki śliczny fioletowy rower przez wieś.       

czwartek, 8 października 2015

A good day.

To był po prostu dobry dzień.
Podczas mojego krótkiego pobytu w Polsce jakoś nie miałem kiedy, ani o czym pisać. Skupiłem się na załatwieniu parę niezbędnych rzeczy w szkole i obronie pracy licencjackiej za którą do dziś się wstydzę. Po powrocie też nie bardzo było kiedy pisać, po krótkim pobycie w Nairobi dosłownie wpadłem na narodowy kongres eucharystyczny w Subukia. Budzę się rano a za oknem trzydziestotysięczny tłum pielgrzymów, największe tego typu wydarzenie w historii tego kraju, coś niesamowitego.


Zbliża się też koniec mojego pobytu tutaj więc i przy samym projekcie jest masę roboty. I jakoś tak "dobre dni" zwyczajnie nam się nie przydarzały. Na początku tego tygodnia byłem zmuszony przeprowadzić pewne cięcia w wypłatach, pracownicy nie byli zadowoleni, ale nie było wielkiego wyboru. Po odebraniu wypłaty jeden bez uprzedzenia podziękował nam za współpracę, zwyczajnie nie pojawiając się więcej w pracy. Cięcia był spowodowane koniecznością zorganizowania chłopakom wyżywienia. Od pewnego czasu jest ich zwyczajnie za dużo by w dalszym ciągu mogli zaopatrywać ich zakonnicy. Trzeba było zatem zatrudnić kucharkę, zakupić naczynia i produkty spożywcze no i zorganizować jakąś, przynajmniej tymczasową kuchnie. Ma się ona mieścić w starej, rozsypującej się szopce, przygotowanie jej wymaga sporego nakładu pracy. Dziś poprosiłem kilku chłopaków ze stolarni żeby się tym zajęli, by szybciej mieć to z głowy. Nie wszystkim spodobał się ten pomysł i w zasadzie mieli nieco racji, mieli się uczyć na stolarzy a nie przerzucać ziemię. Koniec końców zostali ze mną tylko ci którzy byli skłoni pomóc. Więc wspólnymi siłami przez kilka następnych godzin kuliśmy twardą, ubitą ziemie kilofami a następnie wywoziliśmy ja taczkami na pole. Wszyscy się przy tym umęczyliśmy ale ktoś musiał przygotować grunt pod wylewkę. Po pracy postawiłem chłopakom po butelce Coca-Coli i wróciliśmy do warsztatu gdzie zrobiliśmy małe przemeblowanie, przesuwając maszynę z miejsca na miejsce.
Od pewnego czasu miałem problem ze znalezieniem im jakiejś takiej roboty żeby nie przerastała ich umiejętności i byli w stanie sobie z nią poradzić, dziś zleciłem jednemu z nich wykonanie eksperymentalnego łączenia, którego zdjęcie znalazłem w internecie.    
       
  
Pod koniec dnia byłem pozytywnie zaskoczony otrzymanym rezultatem, chłopak na prawdę się postarał. Co prawdo jago łączeniu zabrakło precyzji oryginału ale będziemy pracowali nad tym jutro.



Poza tym po przemeblowaniu warsztat wygląda naprawdę dobrze i został solidnie uprzątnięty. Mocno przyczyniła się do tego dzisiejsza awaria prądu ale kto by się tym przejmował. Kiedy już wyszliśmy okazało się że jeden z moich pracowników, Mosa, przyjechał dziś do pracy na rowerze. Starym, zdezelowanym klamocie bez przerzutek i ręcznych hamulców, w Polsce już takich nie robią, złom warzy pewnie jakieś 20 kilo i ma bagażnik wyspawany z prętów zbrojeniowych. Mimo to wszyscy byliśmy nim zachwyceni, chłopaki wsiadali na niego jeden po drugim tylko po to by kawałek się nim przejechać. Po zamknięciu warsztatu szliśmy razem, patrząc jak Peter szaleje na rowerze. Ledwie sięgał do pedałów mimo to nie dawał sobie wytłumaczyć że jest za niski i koniecznie musiał spróbować. Wszyscy obserwowaliśmy jak poskakuje na wyboistej drodze z trudem utrzymując równowagę. Żartowaliśmy i gadaliśmy, ja byłem zadowolony że udało nam się wykonać to nowe łączenie, a moi fachowcy też byli z siebie dumni bo wreszcie miałem ich dziś za co pochwalić. Dzięki wspólnej pracy przy kuchni może uda się ją skończyć już jutro. No i chyba właśnie za sprawą tego roweru tak wszystkim poprawiły się nam dziś humory. I jakoś tak pomyślałem że to w sumie był całkiem niezły dzień.

***

A na koniec dnia niespodzianka. Po zamknięciu warsztatu i pożegnaniu się z chłopakami postanowiłem (jak co dzień od dwóch dni) wspiąć się do źródełka. Docieram na górę zziajany i zapocony, a tu w koło źródełka cała zgraja dziewcząt, ewidentnie jakaś szkoła, czerwone spódniczki i sweterki, białe bluzeczki. Powiedziałam grzecznie dzień dobry i odszedłem nieco dalej by nie robić zbiegowiska jak zacznę robić shomenuchi. Odszedłem kawałek, poćwiczyłem i wracam na dół, a te dziewczyny zupełnie jak by na mnie czekały. Nagle obskoczyła mnie cała banda, szczebioczą jakie to mam ładne włosy i tylko czuje jak mnie tam ktoś nieśmiało maca po karku (nie rozumiem fascynacji Afrykanów "białymi włosami", no zwyczajnie nie czaje). No i się zaczęło, a czy mógł byś nam pomóc nieść wodę? A skąd jesteś? A w jakim języku się tam mówi? A kto jest prezydentem, a czy jest ciepło? A jak jest po polsku, cześć? A jak jest do widzenia? A dziękuje? A czy masz aparat, a może zrobił byś nam zdjęci? Swoją drogą tego też nie rozumiem, to chyba jakieś skrzywienie zapoczątkowane prze odwiedzających Afrykę zagranicznych turystów, jak się kogoś spotyka, to nie robi się zdjęcia z kimś, tylko komuś. Tak jak na tym opisywane przeze mnie harambee, wszyscy chcieli zdjęcia....no i teraz trzymam te zdjęcia obcych ludzi wyprężonych na baczność nie widzieć po co i dla kogo. W przeciwieństwie do gości z uroczystości u Petera dziewczęta potrafiły się ustawić do zdjęcia, pozowały jak do fotografii na zakończenie roku, ale niestety nie wiele z tego wyszło, bateria padła. Udało się pstryknąć tylko jedno, autorem jest miejscowy pracownik-katecheta, który nieco opiekuje się sanktuarium. 




sobota, 29 sierpnia 2015

Centralny Punkt.


Od teraz w zakładce polecani będzie można znaleźć link do nowo powstałego, ale prężnie rozwijającego się serwisu informacyjnego, z którym mam niewątpliwą przyjemność współpracować. W skład redakcji portalu wchodzą młodzi i ambitni ludzie, chcący podzielić się swoim trzeźwym spojrzeniem na otaczającą nas rzeczywistość. W większości  są to świeżo upieczeni absolwenci dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, moi serdeczni koledzy i koleżanki.

Zachęcam zatem do przyłączenie się do grona naszych czytelników, śledzenia nas na Facebooku  oraz regularnych odwiedzin na stronie portalu.     

sobota, 22 sierpnia 2015

Harambee.

Zaraz po moim przybyciu do Subukia, spotkałem ponownie Petera. Jest to facet w średnim wieku, na oko między 40-50 lat, wysoki, szczupły, nieodzownie noszący w czapkę z daszkiem, koniecznie fullcapa,  mieszka nieopodal sanktuarium.
Poznałem go w zeszłym roku gdy wraz z Kasią mieliśmy okazję gościć w jego domu. To u niego jedliśmy słynną kukurydzę wspomnianą już przeze mnie w poście Here day. Gdy spotkaliśmy się po tych wszystkich miesiącach przy pierwszej okazji zaprosił mnie do siebie. Początkowo się zgodziłem nie wiedząc jeszcze co się święci. Szybko okazała się że Peter nie pracuje, jego żona też a najstarszy syn właśnie skończył liceum i pora było by posłać go na studia. Rozmowa bardzo szybko przemieniła się w monolog podczas którego dowiedziałem się jak kiepska jest sytuacja rodziny. Pobyt w Afryce przyzwyczaił mnie do takich sytuacji i nieco na nie uodpornił, jednak zwyczajnie tego nie lubię. Wydaje mi się to obopólnym marnowaniem czasu gdyż ja wiem że nie jestem  w stanie pomóc tak jak by sobie tego życzyła druga osoba lub wcale nie mam zamiaru pomagać, mimo to bezsensownie brniemy w to dalej. Wówczas udał mi się jakoś grzecznie wykręcić od wizyty w domu Petera i dalszego słuchania o braku funduszy na studia jego syna. Przy okazji jednak kolejnego przelotnego spotkania zostałem zaproszony na mające się odbyć 22 sierpnia, to jest dzisiaj harambee. A to już zupełnie inna sprawa.
Kenijskie społeczeństwo jest niezwykle przywiązane do swojej wiekowej tradycji wspólnoty. Wywodzi się to jeszcze z czasów gdy siedzieli oni w swoich maniatach pośród traw sawanny i rzadko wyściubiali nos poza boa (kolczasty płot mający chronić osadę przed drapieżnikami) wioski. Wszystko co się działo dotyczyło wspólnoty, rodzinnej, wioskowej, klanowej, szczepowej, plemiennej. Drabina ta jest dość długa i złożona jednak od wielu wieków pozostaje w zasadzie niezmienna, w szczególności na prowincji gdzie ludzie zwyczajnie są sobie bliżsi, zupełnie jak przed wynalezieniem prochu. Każda zatem sprawa dotykająca jednej osoby, pośrednio dotyka również jego otoczenia i wspólnoty w której się obraca, im poważniejsza sprawa tym szersze zatacza koło, angażując większą ilość jej członków. Drugim powodem dla którego zjawisko takie zachowało się i wciąż funkcjonuje, jest ubóstwo. Które jak się zastanowić w Afryce jest chyba początki i końcem wszystkiego. Mianowice, łatwiej sobie poradzić jak ma się do pomocy rodzinę czy bliższych i dalszych przyjaciół. Pisał już o tym Kapuściński i również się dziwił gdyż dla nas współczesnych europejczyków takie dzielenie się każdym sowim zmartwieniem z całą okolicą wydaje się co najmniej dziwne. U nas w dalszym ciągu wyznaje się zasadę, zastaw się a postaw się. Tym czasem tutaj gdy przychodzi co do czego organizuje się właśnie tak zwane harambee, w jakim miałem dziś przyjemność uczestniczyć. Polega to z grubsza na tym, że gdy stajemy przed jakimś problemem finansowym, przekraczającym nasze możliwości, jak na przykład nagła śmierć kogoś w rodzinie, pogrzeb, ciężka choroba, narodziny dziecka polegamy na wsparciu rodziny. Powodów do harambee może być wiele, dzisiejsze miało posłużyć zebraniu środków na podjęcie studiów przez Eryka, syna Petera. Chłopak chce studiować ekonomię, a to w Kenii dużo kosztuje. Dla przykładu studia kosztują około 150 000 Kenijskich Shilingów, co w przybliżeniu jest równowartością  6000 PLN, więc nie mało. A dla kogoś kto miesięcznie na subukijskiej wsi otrzymuję dobrą pensję w wysokości 8 000, 320zł to nawet bardzo dużo. No i stąd właśnie tak bardzo popularne jest na Kenijskich wsiach harambee. No bo jak tu uzbierać tak astronomiczne sumy bez pomocy rodziny. Więc organizuje się poczęstunek, zaprasza wszystkich, na ogół najbliższych sąsiadów, krewnych mieszkających w okolicy i przyjaciół. Oczywiście należy ich wcześniej poinformować jaki jest cel zaproszenia(żeby nie przyszli z pustymi rękoma), ale żeby nie mówić słuchaj córka będzie miała dziecko potrzebuję trochę grosza, albo słuchaj babci się zeszło sciepa na jesionkę, to nazywa się to właśnie harambee.
Dziś na trawiastej łączce przy domu Petera ustawiono sporych rozmiarów pawilon-namiot, w żółtozielone pasy. W jego wnętrzu ustawiono równo rzędy plastikowych krzesełek, wypożyczony na wiosce sprzęt grający wraz z obsługującym go eloktryko-specem od nagłośnienia, za pewne również właścicielem sprzętu. Był mistrz ceremonii obsługujący mikrofon za pomocą którego można była przez stary głośnik charczeć na gości. Za domem Petera jego żona wraz z innymi kobietami uwijały się przy kuchni szykując poczęstunek. Poczęstunek to w zasadzie nie właściwe słowo. Kenijczycy są niezwykle rodzinni i towarzyscy, uwielbiają tego typu okazje do spotkań, pogrzeby, śluby, chrzciny, komunie. Są one zawsze okazją do wielu przemówień przez co niebywale wydłużają się one w czasie. Oficjalna cześć pogrzebu potrafi trwać pięć godzin, nim wszyscy się wreszcie oficjalnie i na forum reszty pożegnają ze zmarłym. Dlatego zaproszenie na taką okazje jest równoznacznie z solidnym posiłkiem. Bez tego nikt by nie przybył bo przecież by zgłodniał przed końcem i nie miał potem siły przemawiać. Wiec tak, kobiety za domem gotowały w wielkich garnkach mukimo (tłuczone ziemniaki z suszoną i kruszoną pokrzywą i nasionami strączkowców) i herbatę z mlekiem. Nieco na uboczu siedzieli starsi mężczyźni, wazee, dyskutują spokojnie na poważne tematy. Nowo przybyli witali się z tymi już obecnymi.
Gdy zbiera się większy tłumek i zajmuje miejsca na krzesłach pod namiotem, rozpoczyna się uroczystość. Otwiera ją odśpiewanie przez zgromadzonych kilku kościelnych, znanych wszystkim pieśni oraz seria modlitw i czytań z książeczki do nabożeństwa. Pośród muzyki i rozmów ma miejsce poczęstunek, każdy zostaje obdarowany szczodrą porcją obiadową, choć same potrawy nie są wyszukane jest ich na tyle dużo by każdy najadł się do syta. Po jedzeniu i herbacie przychodzi czas na właściwą cześć, tą w której kierujący całym bałaganem człowiek z mikrofonem prosi po kolei gości by powiedzieli kilka słów, każda taka przemowa kończy się uiszczeniem datku na ręce "skarbnika".
Uiszczanie datków.
Niektórzy mówią dużo inni najwidoczniej słabiej przygotowani mało, jeszcze inni nie są proszeni wcale. Peter uprzedza mnie gdy jem że również będę poproszony o zabranie głosu, przez czas jakiś próbuje się z tego wykręcić, niestety nieskutecznie. Poza namiotem pod którym siedzimy teraz stłoczeni szalej ulewa, powrót póki co nie wchodzi w grę. Dla jasności, nie miałem wielkiej ochoty uczestniczyć w tym wydarzeniu, czułem się jednak w pewien sposób zobowiązany zaproszenie, planowałem jednak wślizgnąć się jakoś i pośród tłumu gości zwyczajnie wręczyć Peterowi mój skromny datek, nie udało się. Gdy więc zostaję wywołany występuje przed publiką na którą składają się krewni, znajomi i sąsiedzi Petera. Wszyscy są odświętnie ubrani, niektórzy panowie przyszli w pełnych garniturach panie w barwnych kangach i kitengach. Pośród całego tego zamieszania szaleją rozbrykane dzieciaki, istna zgraja. Na początku zaznaczam że chyba będę jedyną osobą wypowiadającą się po angielsku i wywołuję tym ogólną wesołość. Potem dziękuję za zaproszenie, gratuluję młodemu Erykowi i paple coś o edukacji, rozwoju młodzieży i przyszłości narodu. Potem grzecznie dziękuję, podaję mistrzowi ceremonii zamkniętą kopertę i wracam grzecznie z powrotem na swoje miejsce.
I mimo tego że jest miło i sympatycznie a przemowy trwają w najlepsze, stwierdzam ze spełniłem już swój patriotyczny obowiązek i powoli zaczynam kombinować jak by się tutaj ulotnić, tym bardziej że przestało padać. No i tu nagle następuje jakiś zagadkowy przełom i chyba najbardziej mroczny element całej ceremonii. Bo jedna przemowa dobiega końca, następnie ktoś zostaje wezwany ale zapada długa cisza i nic. Mówca się nie objawia, mistrz ceremonii znów coś tam powtarza (przez cały czas nic nie rozumiem, wszystko mówione jest w swahili), ale dopiero po chwili następuje jakiś poruszenie. Zupełnie z poza namiotu zjawia się jakaś niesamowicie wymizerniała wręcz staruszka. Jest tak zgarbiona że nosem niemal dotyka ziemi, wspiera się na kosturku i targają nią takie drgawki że ledwie się porusza, cała razem z głową nakryta jest kolorowymi materiałami. Potem zaczyna przemawiać z trudem utrzymując mikrofon a ludzie w koło zaczynają pękać ze śmiechu. Zupełnie nie wiem co się dzieje. Po chwili dopiero wyjaśnia się że jestem świadkiem czegoś w rodzaju stand upu, staruszka nie jest aż tak stara a przebrana za nią kobieta zwyczajnie wyśmienicie udaje nieco jedynie przekoloryzowując. Nagle pośród ogólnej wesołości, rozlega się głośna muzyka a do "staruszki" przyłączają się inne kobiety i zaczynają tańczyć.






Na "parkiet" zaraz zostaje zaciągnięty przez kobiety młody Eryk oraz przelotnie pojawiają się tam pozostali z przemawiających do tej pory mężczyźni. Gdy szalony występ "staruszki" ma się ku końcowi dziękuję jeszcze raz Peterowi tym razem już nie na forum rodziny i zaczynam się zbierać. Postanawiamy jednak zrobić sobie jeszcze wspólne zdjęcie nim sobie pójdę.
Peter i ja.
W konsekwencji czego spędzam tam kolejne 45 minut robiąc masowo rodzinne, grupowe, indywidualne fotografie wszystkim z pośród gości. Przez krótką chwilę staję się główną atrakcją przyćmiewając nawet szalejącą nadal "staruszkę". Niemal każdy z gości chce żebym zrobił mu zdjęcie z Erykiem lub innym członkiem rodziny Petera. Trwa to więc dłuższą chwile.
Peter wraz z całą rodziną.
O dziwo niektórzy z gości przychodzą i proszą by zrobić sobie zdjęcie również ze mną.
Eryk wraz z mamo i ja.
Mój pobyt na ceremonii kończy zwyczajowa wymiana uprzejmości oraz pożegnań.


Peterowi pozostaję bardzo wdzięczny za zaproszenie.