poniedziałek, 20 października 2014

Hero day.


Moja polonistka, która zmagała się z moją ortograficzną barierą, przez trzy lata szkoły podstawowej zwykła mawiać, że ,,planowanie to czas stracony” - a dzisiejszy dzień był tego dobitnym przykładem.
Nasz pobyt tutaj powoli ma się ku końcowi, więc jest sporo do roboty. Jak co dzień: śniadanie, wizyta na budowie, opieprzanie i poganianie naszych budowlańców, a potem kawa przy komputerze, sprawdzenie poczty i góry papierologicznej roboty, przez które musimy się przedrzeć wraz z Kasią w ciągu kilku najbliższych tygodni. I tu pierwsza niespodzianka. Parę chwil po dziewiątej, czyli zaraz po tym jak siadamy do komputerów, pada prąd - normalka od kilku dni, zdarza się to codziennie na zmianę o różnych porach. Nasz dostawca prądu - Kenya Power, działa troszkę tak, jak pokazywały to stare polskie filmu pokroju „Alternatywy 4”. Stoi dwóch panów przy konsoli i się zastanawia ,,to kogo odłączamy dzisiaj?”. No ale nie ma co narzekać, może wróci.
Po około godzinie tracimy nadzieję na to, że mamy do czynienia z chwilową awarią. No to nie ma co tak siedzieć i trzeba się ruszyć. Na zewnątrz ładna pogoda, stwierdzamy zatem, że odwiedzimy mieszkające w dole siostry - kończą one obecnie pracę nad nową szkołą, a my zdeklarowaliśmy się pomóc im w malowaniu ścian w salach dla dzieci. No to idziemy. Już po godzinie marszu jesteśmy na dole. Ale. Siostry też nie mają prądu, więc odpada odpalenie rzutnika i wyświetlenie na ścianie postaci z bajki ,,Gdzie jest Nemo” i odrysowanie ich konturów na ścianie, przed malowaniem. Przez kolejną godzinę walczymy z internetem by pobrać obrazki i chociaż rzucić na nie okiem nim zaczniemy. Nic z tego. Idziemy do sali i uwalniamy naszą twórczą wenę, smarując farbkami na ścianach postacie tak, jak kto je zapamiętał z filmu.
Zaczyna padać. Nie przelotny delikatny deszczyk, ale istna ulewa, grube krople deszczu tak dudnią o blaszany dach, że nie słychać własnych myśli. W oddali rozlegają się echa grzmotów, a niebo ciemnieje. Przez otwarte nieoszklone jeszcze okna wpada zimny wiatr z deszczem i wylatuje drzwiami po przeciwległej stronie sali, mocząc nas przy okazji wizyty. Jak to mówi Ojciec J. ,,Kiedy wiatr przychodzi do Subukia, zawsze przechodzi przez mój pokój”. Po dwóch godzinach deszcz nieco ustaje, ale do tego czasu jesteśmy już kompletnie przemarznięci, a cały ogródek skrywa kilkucentymetrowa warstwa wody. Z nowo postawionej szkoły do domu sióstr mamy kilkaset metrów, biegniemy przez siąpiący deszcz.
Siadając do ciepłej herbaty zastanawiamy się. Prąd wrócił – znaczy, że u nas na górze pewnie też już jest, o ile nie zmęczyła go droga pod górę, jak mówi Kasia. No to trzeba podjąć decyzję. Jak znów się rozpada to utknęliśmy, siostra nas nie podwiezie, w zeszłym tygodniu coś jej pękło w samochodzie. Ale jeden z ojców ma po nas zajechać w drodze z miasta, pytanie ile mu to zajmie. Jak posiedzimy tutaj do wieczora, to na prąd w domu pewnie się już nie załapiemy. Czyli trzeba by biec na górę teraz, to przynajmniej jest szansa, że coś skorzystamy.
Zwijamy malowanie, zamykamy puszki z farbą, płuczemy pędzle, znów zaczyna padać. Lepiej marznąć podczas pieszej drogi na górę niż tutaj, chorzy i tak już pewnie będziemy. Nie ma na co czekać. I wtem - jak spełnienie naszych modlitw, pojawia się Ojciec z samochodem, który właśnie wraca na górę. Żegnamy się z siostrą i pełni nadziei i entuzjazmu pakujemy się do samochodu. W samochodzie witamy się z jeszcze jednym pasażerem. Poznaję go z niedzielnych mszy, zawsze siedzi w ostatniej ławce: wysoki, schludny, nieodmiennie w czerwonej bejsbolówce z jakimś superbohaterem, imienia nie pamiętam. Zamieniamy kilka słów. Wydaje się, że Ojciec J. wziął go ze sobą do miasta na zakupy, widzę jak ściska na kolanach worek jakiegoś nawozu w proszku czy innego detergentu ogrodniczego. Podskakując na tylnym siedzeniu, snujemy z Kasią plany ,,co po powrocie”. Co najpierw - prysznic czy może obiad, bo obydwoje jesteśmy głodni, potem obowiązkowo jakaś ciepła herbata i może profilaktycznie witamina C.
Mijamy rozrytą drogę, gdzie w zeszłym tygodniu zagrzebał się na trzy dni dźwig i wioząca go na lawecie ciężarówka. W wydłubanej z boku drogi dziurze zbiera się już woda, kałuża ma kilka metrów. W zeszłym tygodniu też lało, kierowca z dźwigiem chciał koniecznie wjechać na górę mimo tego, że już się ściemniało. Dźwig miał posłużyć do budowy kościoła w sanktuarium, konkretnie do prac nad konstrukcją dachu. Kierowca musiał zatrzymać się w niewłaściwym miejscu, ciężar dźwigu na lawecie pociągnął wszystko za sobą i zsunął się z drogi utykając w rowie. Przy każdym kolejnym deszczu cała ta konstrukcja grzęzła coraz bardziej, a w ciągu dnia trwała akcja ,,ratunkowa”, będąca w centrum zainteresowania całej wsi przez kilka ostatnich dni. Kobiety, dzieci, młodzież i starcy - wszyscy schodzili się popatrzeć, każdy miał własny pomysł na uratowanie sytuacji i własne niezawodne sposoby. Istny jarmark.
Mijamy miejsce niedoszłej katastrofy i jedziemy dalej. Auto w napędzie 4x4 pewnie prze pod górę rozmytą błotnistą drogą i nagle skręca na czyjeś podwórko. Okazuje się, że tu mieszka nasz pasażer w czapce. Mężczyzna zaprasza nas do siebie. Skrawek błotnistego poletka oddziela trawiastą łączkę - na której pasą się dwie krowy i kilka brudnych owiec - od krytej blachą chaty z błota i drewna. Ojciec J. Idzie, więc my też, nie ma co. Wchodzimy na podwórko przed chatką, kurczaki uciekają spod naszych nóg i chowają się w pobliskie krzaki. Przynajmniej już nie pada.
Wchodzimy do środka, wita nas kobieta w średnim wieku, ma na sobie jakąś bluzę, od pasa w dół owinięta jest żółtą kitengą (chusta wielkości obrusu, z kolorowymi nadrukami i napisami). Chata jak chata. To znaczy: ściany z desek obite są dla uszczelnienia rozłożonymi stronami gazet, można sobie przeczytać nagłówki artykułów i pooglądać zdjęcia. Cała ściana wygląda jak jeden wielki kolaż, gdzieniegdzie prześwituje przez szparę błękit nieba. Na udeptanym klepisku stoi zestaw wypoczynkowy - dwa fotele, dwie małe sofy, pośrodku niewielki stolik. Przy ścianie, na lewo od wejścia i na wprost wypoczynku: komoda, duże dwoje drzwi po bokach, na środku taki jakby zamknięty barek. Cała konstrukcja obwieszona kiczem, olbrzymi chiński zegar z przeźroczystego plastiku, porcelanowy wazonik, w nim sztuczne kwiaty, obok w szklance kilka szczoteczek do zębów, jakieś papiery. Po całym pomieszczeniu porozwieszane plakaty z Jezusem, kalendarze ze świętymi, zdjęcia dwóch papieży - Jana Pawła II i Benedykta. Obok nich zniszczone zdjęcie w ramce, chyba naszego gospodarza, ale na pewno młodszego. Stoi w jakimś kitlu i uśmiecha się niepewnie do aparatu. Zdjęcie obsunęło się w ramce i jeden z rogów oparł się o jej dolną cześć, ale sama ramka, w której znajduje się zdjęcie też wisi krzywo na obitej gazetą ścianie, więc w zasadzie zdjęcie jest prosto. W rogu, na desce przybitej poprzecznie do ściany stoi żelazko na dusze, istny antyk, nawet moja babcia takiego nie miała. Ba, chyba nawet prababcia.
Kobieta zaczyna się uwijać, wyciąga z kredensu metalowe kubki, porcelanowe talerze z kwiaciastymi wytartymi wzorami, każdy inny. Po czym wychodzi. Znika w postawionej po przeciwnej stronie podwórka ,,szopce” - i jest to niezwykle pochlebna nazwa dla postawionego z gnoju i błota szałasu, do którego się chowa. Pomieszczenie musi mieć w środku może z metr kwadratowy, jest tak ciasne, że trudno sobie wyobrazić by było czymś innym niż toaleta, ale jednak. Przynosi pieczoną na węglach i gotowaną kukurydzę, do wyboru do koloru. I to nie jakieś tam ogryzki, ale po jednej wielkiej kolbie dla każdego. Do blaszanych poobgryzanych i wytartych od używania kubków leje z termosu ciepłą herbatę po kenijsku, czyli z mlekiem. Gdy parująca, przypominająca kolorem kakao ciecz leje się do kubka, myślę sobie - czy mleko aby na pewno się dogotowało? Bo nie chciałbym umrzeć na gruźlicę. Ale kiedy nasz gospodarz siedzący na wprost mnie uśmiecha się do mnie, z dumą sięgam po kubek i przykładam usta tam, gdzie emalia jest najmniej poobgryzana. Dłonie wciąż śmierdzą i kleją się od terpentyny, którą myłem z nich farbę nim pożegnaliśmy się z siostrą. Ale gospodyni przynosi dzbanek ciepłej wody i nad metalowym garnuszkiem wszystkim nam kolejno obmywa ręce. Przychodzi czas kukurydzianej uczty. Zachwalamy domostwo, pyszną herbatę, soczystą kukurydzę i komplementujemy zadbane krowy na pastwisku gospodarza. Właściciel wstaje i z duma otwiera ,,barek” kredensu. W środku stoi płasko kineskopowy telewizor wielkości komputerowego monitora. Podpina kable i oto po raz drugi od przyjazdu do Kenii oglądamy telewizję. Nie licząc wizyt w centrach handlowych. Dziś mamy święto narodowe - hero day. Kiedyś było to święto pierwszego prezydenta Kenyatty, ale zostało przemianowane na dzień bohaterów i święto wszystkich ludzi, którzy walczyli o niepodległość.
W telewizji puszczają program o odzyskaniu niepodległości i poprzedzających to wydarzenie zbrojnych konfliktach. Materiał jest antyczny, zapewne nakręcony tuż po tych wzniosłych wydarzeniach. Co chwila wypowiada się - młody jeszcze wówczas - pierwszy prezydent, gubernator Nairobi i inni brytyjscy dygnitarze, którzy niedługo potem opuścili kraj. Pokazują egzekucję przywódcy Mau-mau, ruchu plemienia Kikuyu, które prowadziło partyzancką walkę z Brytyjczykami. Podają liczby ofiar, jakie obydwie strony poniosły w trakcie kilkuletniego konfliktu. Pokazują szefów obozów pracy dla schwytanych rebeliantów i ich rodzin, opowiadają o okrutnych technikach przesłuchań i tortur: miażdżeniu jader, rażeniu prądem, pojeniu zatrutą wodą i biciu. Niektóre z pokazywanych materiałów muszą być znacznie starsze niż sam film, bo pokazują czasy z samych początków konfliktu lub nawet jeszcze lata go poprzedzające. Cały materiał trąci odrobinę anty-brytyjską propagandą i zapewne temu miał służyć, gdy montowano go jakieś pół wieku temu. Prowadząca, prezenterka w idealnie okrągłej kuli afro, wygląda jak z amerykańskich filmów o hipisach z lat sześćdziesiątych. Czuję się nieco nieswojo. Mój gospodarz i Ojciec J. karmieni tą propagandą od lat najmłodszych zapewne uważają Mau-mau za dzielnych bohaterów, którzy wywalczyli Kenii wolność. W istocie, zajmowali się również rozbojami, grabieżą, czystkami ludności i mordowaniem we śnie białych właścicieli ziemskich. Ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc milczę, kiwam głową i zajadam kukurydzkę.
Nim wizyta dobiega końca, poznaję jeszcze najmłodszego syna właściciela, berbecia w kaloszach po kolana, który jak to się mówi - na stojąco wchodzi pod stół. Ale tak naprawdę to nie wchodzi, bo ława jest tak niska, że nawet siedząc na powygniatanych fotelach musimy się do niej pochylać. Ściskam również rękę jego najstarszego syna. Ten, jak mówił mi gospodarz, jest teraz w szkole podstawowej i świetnie sobie radzi, co znaczy mniej więcej tyle, że równie dobrze może mieć szesnaście co dwadzieścia pięć lat. Wygląda na jakieś osiemnaście może dziewiętnaście. Ojciec z duma opowiada, że chce go posłać na studia. Gdy wspomina, że najchętniej w Polsce udaję, że nie słyszę by nie musieć się potem tłumaczyć. Życzę mu tylko powodzenia.
Wychodząc, zostajemy zaproszeni na przynajmniej jeszcze jedną wizytę, nim opuścimy kraj. Dziękujemy grzecznie i wracamy do domu, pod długi i gorący prysznic.

sobota, 18 października 2014

1 000.


No i stało się - magiczna granica tysiąca wyświetleń została przekroczona po niecałych siedmiu miesiącach. Nie mam zielonego pojęcia jak ustawia mnie to w blogowych statystykach popularności i dorobkowości, ale też niezbyt się tym przejmuję. Na dzień dzisiejszy - to jest w chwili pisania tego posta - mogę pochwalić się czterocyfrową liczbą tysiąca i trzydziestu wizyt, za które dziękuje moim zarówno przypadkowym jak i stałym (Kasia, to o tobie) czytelnikom. Jak zapewne zauważyli Ci, którzy odwiedzili mojego bloga więcej niż jeden raz, pewien czas temu przeprowadziłem małą rewolucję zmieniając tutaj to i owo. Wydaje mi się, że teraz odnalezienie niektórych działów stało się łatwiejsze, a dostęp do zawartych w nich artykułów prostszy. Co do wspomnianego wcześniej specjalnego wpisu z okazji okrągłej tysiączki, to chyba nici.   

***  

Jeszcze kilka dni temu siedzieliśmy wraz z Kasią w Nairobi czekając na rozwiązanie naszych problemów wizowych. Problem może nie został do końca rozwiązany, a raczej chwilowa zażegnany. Powinienem teraz napisać coś w stylu, że to zabawna historia. Ale wcale nie było nam do śmiechu, kiedy z dnia nadzień staliśmy się nielegalnymi imigrantami a śmiertelnie poważny urzędnik z okienka oznajmił nam że powinniśmy ,,immediately" opuścić kraj. Nigdy wcześniej w moim życiu to słowo nie zabrzmiało tak ostatecznie i nie niosło ze sobą takich pokładów uśpionej niechęci i całkowitego zobojętnienia. Tak więc owszem, przyznaję się - byłem wyjętym spod prawa przestępcą. Sprawa może nie była aż tak dramatyczna, jak by się mogło wydawać, ale wizja deportacji przez kilka dni spędzała nam obydwojgu sen z powiek. Krótko mówiąc, bezczynne siedzenie w Nairobi i czekanie na jakąkolwiek decyzję czy pozytywny odzew w sprawie naszej dalszej przyszłości w tym kraju, doprowadzała nas do szału.
Po wyjaśnieniu całej sprawy wróciliśmy do Subukia i to nie byle jak. Szczęśliwym trafem w Nairobi poznaliśmy parę Polaków: Wojtka i Wiolę, którzy jak raz szykowali się do objechania Mt.Kenii. Jako że Subukia leży w zasadzie na ich trasie, Wiola zaproponowała, że jeżeli uda nam się rozwiązać nasze wizowe niedogodności, to możemy zabrać się wraz z nimi.  
Wiola i Wojtek nie są jednak przypadkowymi turystami wybierającymi się na objazdową wycieczkę po Kenii. W zeszłym roku wystartowali swoim Toyotą Hailaks z Republiki Południowej Afryki i ruszyli na północ. Na swojej drodze zwiedzili liczne kraje Afryki południowej i środkowej, parki krajobrazowe, rezerwaty przyrody oraz co bardziej interesujące atrakcje turystyczne. Na koniec swojej podroży zawitali do Nairobi, gdzie pod czujnym okiem Ojca. K zostawili swój ekskluzywny karawan na kilka miesięcy. Teraz wrócili i zaczynają nową podróż, dalej na północ, całą drogę przez Kenię, Etiopię, Sudan, a potem jeszcze dalej aż do Egiptu - aż wreszcie z powrotem na stary kontynent i do Polski. Nie jest to pierwsza tak dalekosiężna wyprawa w ich dorobku, na koncie mają już przejazd przez Amerykę Południową i Północną. Samochodem i motocyklem zjeździli również Australię oraz większą część Europy. Odbyli też podróż dokoła świata. O ich wyczynach można dowiedzieć się więcej na ich stronie, która daje nam również możliwość śledzenia na bieżąco postępów z ich podróży i na gorąco zapoznawania się z ich relacjami.  
Mnie osobiście interesują dalsze losy tej dwójki i tego jak się potoczą, niesione czterema solidnymi kółkami ich maszyny. Podczas tych kilkunastu wspólnie spędzonych godzin, mieliśmy okazję powymieniać się nieco naszymi wrażeniami z odbytych podróży. Ja zanudzałem ich opowieściami o Kenii, które towarzysząca mi Kasia słyszała już bez mała sto razy, a oni rewanżowali się nam wspomnieniami swoich odbytych wypraw. Po trosze zazdroszczę im rozmachu ich eskapady, ponieważ i mnie marzy się odwiedzenie północnej Afryki. Wizja pokonania pustkowi Sudanu i Etiopii za kierownicą solidnego samochodu, a jeszcze lepiej - motocykla - mimo całej towarzyszącej temu niewygody brzmi niezwykle ekscytująco. Ale kto wie, może i ja kiedyś będę miał swoją szansę.  
Chociaż, gdy teraz o tym myślę, to z mojego punktu widzenia, po niemal już ośmiomiesięcznym pobycie w Kenii, wyprawa do Etiopii to kwestia przekroczenia zaledwie jednej granicy. To troszeczkę tak, jak mieszkając we wschodniej Polsce marzyć o wizycie w Berlinie, z tą jedną różnicą, że ja musiałbym kupić wizę. Tak więc ,,zobaczy się”.  Wioli i Wojtkowi życzę zatem wytrwałości i trzymam kciuki by bez większych problemów osiągnęli tak odległy cel, jaki sobie wyznaczyli – pozdrawiam. 
od lewej: Wojtek, O.Arek i Wiola
ja.